Smak życia


Za nami sezon, który pokazał nam, działaczom, ale pewnie i wielu naszym Kibicom, czym naprawdę jest życie.

Mnie pokazał na pewno, jak smakuje. I to nie tylko to sportowe. Smak porażki i smak sukcesu są równie intensywne. Przyprawami dodającymi ostrość były nadzieja na starcie sezonu, ale i zwątpienie, które nadeszło zbyt szybko. Także poczucie porażki, chwile załamania, prawie bólu po kolejnym przegranym tie-breaku. Rany, ile ich było… Zbyt wiele na pewno. Ale były nie mniej oddziaływujące na nasze postrzeganie opisywanego zjawiska chwile euforii i wielkiej radości po finałowej fazie rozgrywek. I patrząc na wszystko realistycznie, z perspektywy czasu, wiedząc jakie mieliśmy problemy w trakcie poprzednich rozgrywek, to jeśli ktoś czuje niedosyt oceniając siatkarki Legionovii w sezonie 2016/2017, to ma po prostu problem z właściwą oceną sytuacji, albo jest wiecznym malkontentem. Albo zwyczajnie jest marzycielem i ciągle chce więcej, niż to jest możliwe tak po prostu, obiektywnie. Zresztą to akurat nic złego… Dla jasności: AKURAT JA MAM PRZERĄBANE U SIEBIE SAMEGO, BO JESTEM… SCEPTYCZNYM MARZYCIELEM. To konstrukcja zabójczo niszczycielska dla takich ludzi. I dlatego cierpię. Albo i nie. Sam już nie wiem. Przecież ta niewiedza i ciągłe dążenie do lepszego czynią nas ludźmi. To ciągłe zmierzanie ku celom, zmaganie się ze światem, aby nasze życie było lepsze, lepsze i lepsze. Jakby nie mogło być takie, jakie jest. Bo przecież smakuje takie najbardziej. Intensywnie… Moje tak smakuje. To sportowe na pewno.

Zaczynając od końca, czyli od seniorek (oj, mocne to nadużycie, tak naprawdę) to można powiedzieć, że sezon miniony był tak dobijający, że aż piękny. Piękny to było słowo często nadużywane przez nas przez ten czas. Pięknie walczyliśmy, pięknie dawaliśmy z siebie wszystko i, niestety, równie pięknie przegrywaliśmy. Problem z tym „pięknie” był i taki, że na koniec sezonu suma tych „pięknie” dała tylko walkę o utrzymanie. I każdy z nas powtarzał sobie pewnie nieraz: DLACZEGO NIE WYGRALIŚMY CHOĆ POŁOWY TYCH PRZEGRANYCH MECZÓW PO 2:3???!!! Gdybyśmy je wygrali byłoby tak… pięknie! Ale nie było. Co ciekawe, fachowcy przed sezonem skazywali nas na porażkę i pewną degradację do I ligi. Bo przecież zespół był zbyt młody. Bo brakowało doświadczonych siatkarek, bo trenerzy słabi, bo to i tamto. I w ogóle szkoda gadać – spadek pewny. I oni się równie pięknie pomylili. Mecze z KSZO Ostrowiec były horrorami, ale kogo to obchodzi? Tak, jak bez znaczenia były dla Kibiców nasze porażki po walce, bo były po prostu porażkami, tak te wielkie batalie z drużyną z Ostrowca, choć były meczami dramatycznymi i masakrującymi serca i głowy naszych Kibiców, to zakończyły się sukcesem, a więc styl był bez znaczenia. Po prostu wygraliśmy „złotego seta” na wyjeździe czyli, jak na ironię w kontekście sezonu, tie-breaka. WYGRALIŚMY NA BOISKU i nikt nam tego nie odbierze!!! Nikt. Dziś możemy się przyznać, że sami mięliśmy dusze na ramionach. Nie mogliśmy odżałować tych porażek w meczach, gdzie zabrakło jednej akcji, jednego punktu, jednej innej decyzji zawodniczki lub sędziego. Ale to chyba nie było najgorsze doświadczenie dla dziewczyn, bo siatkarsko przeszły chyba ze trzy klasy na uczelni zwanej Orlen ligą. Od razu mogły przystąpić do egzaminów dyplomowych. A przecież kilka z nich grając toczyło jeszcze jedną walkę: uczyły się do… matury. No, to mają od razu studia. Oczywiście na Koźmińskim. A, właśnie…

W barwach tej uczelni kilka naszych grających studentek zdobyło Akademickie Mistrzostwo Polski. No, to jednak pięknie było. Utrzymanie w elicie krajowej i ten akademicki tytuł smakowały bardzo. Dziś wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy, czym dla tak małego ośrodka siatkarskiego, jak Legionowo, jest udział w rozgrywkach krajowej elity. I tutaj znów czuję słodki posmak, bo czy naprawdę małego? Wszystko, co robimy od kilku sezonów, jednak temu przeczy.

Drużyna grająca w Młodzieżowych Mistrzostwach Polski to była ekipa juniorek wzmocniona zawodniczkami pierwszej drużyny w ledwie kilku meczach. I tutaj będę szczery do bólu. Choć zdobyliśmy MŁODZIEŻOWE WICEMISTRZOSTWO POLSKI, to dla mnie jest to porażka. Dla wielu w Polsce wielki sukces, ale dla mnie jednak nie. Byłem pewny, że wygramy finały w Legionowie. Dziewczyny chyba też, bo mecz finałowy zagrały tak, jakby uważały, że są złote już w chwili wejścia na parkiet. I wspólnie przeżyliśmy gorycz porażki. Żal mi ich było, najbardziej chyba juniorek (i kilku kadetek), które dźwigały walkę w fazie grupowej, a i potem do finałów grały pierwsze skrzypce. Musiało je to zaboleć. Patrzyły z boku na grę starszych nieco koleżanek i chciały pomóc. Starały się, ale i one nie dały rady, wchodząc na boisko. No, w tym meczu nic po prostu nie szło. Przywitały więc równo z ostatnim gwizdkiem nowy ze smaków życia. Gorzki właśnie… Choć słodki dla wielu fachowców i Kibiców. Niech będzie więc, że to smak słodko – gorzki. Dla mnie na pewno. A juniorkom i kadetkom tak naprawdę ten smak na końcu języka tylko wyostrzył apetyt. Apetyt na obronę Mistrzostwa Polski i to w batalii, której finałem miało być przejście do historii krajowej siatkówki w ogóle. Bo ewentualne wywalczenie tytułów trzeci rok z rzędu byłoby przecież w tej historii kartą zapisaną złotymi zgłoskami. I one tą kartę zapisały… Ale po kolei.

Juniorki. Czyli juniorsko–młodzieżowo–seniorska ekipa dokonała wielkiej rzeczy, we wspaniałym stylu pokonując w finale Mistrzostw Polski swoje rywalki. Mecz przegrany w fazie grupowej był jedynym, jaki przydarzył się dziewczynom dowodzonym przez kapitalnego człowieka i trenera Wojciecha Lalka. W składzie grały nasze juniorki i, a jakże mogłoby być inaczej w Legionovii, kilka kadetek. Zagrały świetne zawody w stylu, który tym różnił się od oblegania Malborka przez wojska polskie, że zakończył się tego miasta zdobyciem. Trochę na wyrost może to porównanie, ale walka była straszna, poziom kilku meczów finałowych kapitalny i tylko można żałować, że było tych meczów tak mało. Bo wszystkie emocje towarzyszące siatkarkom LTS dowodzonego przez prezesa Konrada Ciejkę oraz wszystkim entuzjastom siatkówki miały charakter stricte esencjonalny. Wyrazisty. W skrajnych emocjach można było się rozsmakować nieprawdopodobnie, choć finał był raczej tej pikanterii pozbawiony. Złoty medal, Mistrzostwo Polski Juniorek po raz trzeci z rzędu – to jest fakt niezaprzeczalny i Legionovia w polskiej siatkówce jest już na pewno marką. Czy to się komuś podoba, czy nie, widocznie umiemy to robić. Kompilacja dziewczyn będących naszymi wychowankami oraz talentów wyszukanych w kraju przez nasz skauting (co za słowo…) dała jakość. Potrafiliśmy te diamenty oszlifować i dziś dziewczyny są pewnie tak samo dumne z siebie, jak my z nich. Dla kilku z nich zaczyna się niedługo kolejny sezon, już w dorosłej siatkówce, kilka kolejnych do składów, o których pisałem powyżej, zapuka już w kolejnym sezonie. Fajne to. Wyniki juniorek zaostrzyły apetyty nam: działaczom, Wam: Kibicom i…

Kadetkom! Ależ one dały czadu w Słupsku. Spokojnie, może nawet za spokojnie przeszły przez fazę eliminacyjną, grupową i półfinał. Kilka naszych zawodniczek z drużyny trenera Dawida Michora grało siatkówkę nieomal seniorską – dojrzałą, wyrachowaną, spokojną, metodyczną i, co najważniejsze skuteczną. Najgorszy zdaniem wielu mecz, z punktu widzenia przebiegu gry, zagraliśmy w finale. Akurat ja uważam, że najlepszy. Drużyna udowodniła, że jest drużyną. Rywalki w walce o złoto grały jak natchnione przez półtorej seta. A my graliśmy swoje i widać było z każdą chwilą, że maszyna nabiera rozpędu. Każda kolejna piłka, każde zagranie były jak składające się z wolna w całość elementy układanki. Mecz ten przypominał wizytę w dobrej restauracji, w której sława kucharza bierze się stad, że najlepsze zawsze zachowuje na koniec i danie główne jest tak smakowite, że nie pamiętamy o tym, co było przed jego podaniem. Wygraliśmy finał po… tie-breaku. Odwrotnie, niż w drużynie Orlen ligi, ten piąty set padał naszym łupem często. Tak było i tym razem. 15:13 i wszyscy poczuliśmy smak zwycięstwa!!! Niesamowitego, bo trzeciego z rzędu jak to miało miejsce w przypadku juniorek. Oba te sukcesy sprawiły, że Legionovia nie tylko zapisała złotymi zgłoskami karty w historii polskiej siatkówki młodzieżowej, ale wyryła ją kilofem. To chyba dobre zresztą sformułowanie, bo prace obie drużyny wykonały katorżniczą. I wygrały zasłużenie. A cieszy to tym bardziej, że już widać jak na dłoni, iż kilka naszych kadetek może pójść wkrótce drogą Grabki, Rasińskiej czy Adamek i zagrać w krajowej elicie. Dla nas to spełnienie marzeń i potwierdzenie słuszności drogi, którą idziemy. Czy to się komuś podoba, czy nie. Na marginesie, akurat mnie smakował ten tytuł wyjątkowo. Łzy, które spływały mi po policzku po ostatniej piłce, miały słony smak. Zwycięstwo – słodki.

Na koniec kilka słów o drużynie, która nie zdobyła złota, a nawet jakiegokolwiek innego medalu w finałach Mistrzostw Polski. Dla mnie jednak zdobyła coś znacznie cenniejszego – wielki szacunek i podziw nas samych, rywali i znawców siatkówki młodzieżowej. Młodziczki, bo o nich mowa, weszły do finałów i była to wielka i przyjemna niespodzianka. Trzymając się przyjętej nomenklatury grały tak, że palce lizać. Były chyba najmłodsze wiekiem, uczyły się grać tak naprawdę w trakcie sezonu i z każdym meczem było widać, że podopieczne trenera Pawła Kowala rozwijają się, stają się siatkarkami, a nie tylko dziewczętami, które po przejściu z Mini Siatkówki (mamy aż trzy roczniki i wiele dzieciaków w tych grupach nomen omen!) odbijają piłkę dla frajdy. W półfinałach zagrały dwa świetne mecze i stała się rzecz niezwykła. Wygrały w grupie dwa mecze i zdaniem sędziów powinny cieszyć się z awansu do strefy medalowej. Jednak zauważył nasz sztab, że sędziowie i organizatorzy pomylili się. Zgłosiliśmy ten fakt i z euforii był smutek, bo zabrakło trzech małych punktów do walki o medale!!! Trzy drużyny miały po dwa zwycięstwa… Przecież można gdybać, że gdybyśmy wiedzieli, to mniej byłoby zmian, ryzyka w poprzednich meczach, ba – w tym ostatnim! Jednak duch sportu to sprawa fundamentalna, tak jak inną zasadą świętą w sporcie powinna być uczciwość. Bolało straszliwie, ale trzeba mieć po prostu szacunek do tego, co nadaje sens sportowej rywalizacji. Nam pozostaje się cieszyć potrójnie. Bo wygrał duch sportu i zasady fair play, bo dziewczyny pokazały, że mogą pójść drogą naszych kadetek, a później juniorek, gdyż mają wielki talent. Po trzecie, jako jedyna drużyna pokonaliśmy MOS Wola, późniejsze mistrzynie kraju. Z tej mąki będzie chleb. Smaczny…

Puenty nie będzie tym razem. Bo opisując jak wykuwały się w tym roku siatkarskie talenty w Legionovii, jak rozwijały się kariery wielu dziewczyn zrozumiałem, że niekiedy nie warto pisać zbyt wiele. Wystarczy małe podsumowanie sezonu 2016/2017:

  • Mistrzostwo Polski Juniorek
  • Mistrzostwo Polski Kadetek
  • Młodzieżowe Wicemistrzostwo Polski
  • Finał Mistrzostw Polski Młodziczek
  • Wiele Finałów Mini siatkówki
  • Zapewnienie klubowi bezpośrednio gry w Orlen lidze
  • 12 zawodniczek w kadrach narodowych w różnych kategoriach wiekowych

Tak… A są tacy, którzy mówią, że to był słaby sezon… Cóż, akurat ja myślę inaczej. Myślę, że żadne słowa nie oddadzą tego, co sprawia, że siatkówka kobieca to tak niezwykła dyscyplina sportu. Smak zwycięstwa, smak porażki. Uśmiech i radość lecz także łzy i smutek. To przyprawy dodawane przez życie do dania, jakim jest każdy mecz. W każdym sezonie ta uczta trwa przez kilka miesięcy. To od nas, działaczy, od samych zawodniczek, ale również od Kibiców, Sponsorów i wielu innych ludzi będących częścią siatkarskich wydarzeń zależy, jak będzie ona smakowała. Dla mnie każdy sezon równie dobry, jak ten miniony, będzie udany i będzie miał wyjątkowy smak. Kto wie, może do dania głównego uda nam się dołożyć deser. Co nim będzie? Dobre pytanie… No, ja w każdym razie rezerwuję stolik. Sam mogę być kucharzem, kelnerem, klientem. Kimkolwiek. Byle w tym uczestniczyć i poznawać kolejne smaki. Warto.

PS. Do drużyny seniorek, ale nie tylko, bo i do pozostałych drużyn, dołączy w nadchodzącym sezonie grupa nowych dziewczyn. Będą razem z nami tworzyły historię Legionovii, zapisywały jej nowe rozdziały. Bardzo bym chciał, aby poczuły się u nas jak w domu. I choć nie możemy im obiecać, że będzie tylko wspaniale, to możemy na pewno obiecać, że tak… nie będzie. Życzę im, aby posmakowały tego naszego życia, same oceniły, czy taka walka do ostatniej kropli potu nie jest lepsza, niż przechodzenie przez sezon lekko, łatwo i przyjemnie. W każdej ich porażce będzie cząstka naszego bólu, w ich radości mnóstwo naszej. I jeśli okaże się, że od nas trafią do wielkich klubów w kraju i za granicą oraz do reprezentacji w różnych grupach wiekowych to będzie znaczyło, że my – grupka zapaleńców – mamy po co żyć.