Tabele ligowe i wyniki meczów, teraz także u nas.

Miło mi poinformować, że od tego tygodnia na stronie internetowej naszego klubu rozpoczęliśmy publikację aktualnych wyników meczów rozgrywanych w ligach, w których występują nasze drużyny. Osoby zainteresowane mogą więc prześledzić historię aktywności naszych podopiecznych, porównać ich wyniki z wynikami osiąganymi przez rywali, a także dowiedzieć się o terminach nadchodzących spotkań. Na stronie znajdziecie też aktualne zdjęcia naszych zawodniczek oraz ich krótkie charakterystyki. 

Bez względu jednak na to, co już się dokonało, zapraszam do przesyłania Waszych propozycji, co do zawartości strony klubowej. Z pewnością pomoże to nam uczynić ją jeszcze przyjaźniejszą i odpowiadającą Waszym oczekiwaniom. 

Pan Sieczychowy

Łódź ponownie zdobyta! Tym razem przez drużynę Młodej Ligi.

Jakoś tak nie mogłem przejść nieporuszony obok tematu Młodej Ligi… Na oficjalnej stronie internetowej (www.mlodaligakobiet.pl) niedługo po zakończeniu meczu znalazła się wprawdzie informacja o wyniku, ale gdybym to ja miał być kibicem czerpiącym wiedzę o wydarzeniu z takich właśnie notatek, nie byłbym szczęśliwy. Dlatego też korzystając z faktu, iż na trybunach łódzkiej hali rozgrywkowej Budowlanych Łódź byłem jedynym przedstawicielem grupy osób publikujących na naszej stronie relacje z meczów, niniejszym dostaniecie kilka słów od serca.

Na mecz jechaliśmy pełni niepewności i obaw. Wszystko bowiem w tych rozgrywkach jest nowe i niewiadome. Uczucie to w odniesieniu do Budowlanych było tym bardziej intensywne, że był to przecież ich pierwszy mecz w tych rozgrywkach. Przypominam, że spotkanie z  Developres SkyRes V LO Rzeszów nie doszło do skutku. Nie wiedzieliśmy więc kim i jak zagra przeciwnik.

Nasze karty były znane. Podobnie jak w meczu z KSZO Ostrowiec zaczęliśmy w najmocniejszym ustawieniu: Iga Chojnacka (K), Natalia Gajewska, Justyna Antosiewicz, Kasia Jędrzejewska, Klaudia Alagierska, Milena Paszyńska, Krysia Pietraszkiewicz (L). W kwadracie na swoją szanse oczekiwały: Ola Omelaniuk, Kasia Niderla, Karolina Sidor i Magda Dąbrowska. Niestety trener Wojciech Lalek , już po raz kolejny nie miał szansy zagrać z Moniką Bociek. Tak, Moniki nie było…a szkoda…. Niemniej jednak, jak się okazało nasz zespół, choć to przecież mieszanka kadetek, juniorek i dziewcząt z bezpośredniego zaplecza pierwszej szóstki drużyny seniorskiej, pokazał bardzo poprawną siatkówkę. 

Pierwszy set, a szczególnie jego początek miał przebieg, o którym z pewnością bardzo chcielibyśmy jak najszybciej zapomnieć. Umówmy się wiec, że relację zacznę od stanu 1:5…nie, może lepiej od stanu 6:11. Któżby bowiem chciał pamiętać seriami psute piłki oraz prawdziwy pokaz zagubienia i niezrozumienia? Czyż nie lepiej zacząć od przepięknego (pierwszego w meczu!!) ataku Igi Chojnackiej? Pewnie, że tak (!), tym bardziej, że był on początkiem niezwykłej serii punktowej całego naszego zespołu, która nie dość, że doprowadziła do równowagi (13:13) to jeszcze wysforowała nas na kilkupunktową przewagę (17:13). Tak jak jednak niemożliwe było w nieskończoność mylić się tak jak na początku meczu, tak też i takie piękne chwile muszą się kiedyś dobiec końca. W tym secie marsz ku zwycięstwu przerwaliśmy jednak tylko na chwilę – końcówka seta znowu należała do nas. Rzec by można, że sygnałem do ataku była krzywdząca nas decyzja sędziego, która przybliżyła gospodarzy na punkt (20:19). Do końca seta oddaliśmy Budowlanym zaledwie dwa punkty i mogliśmy cieszyć się z pierwszego zwycięskiego seta na wyjeździe.25:21.

Choć drugi set, w początkowej fazie, miał bardzo podobny przebieg (3:7), to jednak nasze zawodniczki – jak to się mówi- szybko się ogarnęły, i od tego czasu zagrały prawdziwy koncert! Przepiękny koncert bezbłędnego przyjęcia (Iga, Krysia, Kasia), skutecznego bloku (Justyna , Klaudia, Milena) i mądrego rozegrania (no przecież wiadomo- Natalia Gajewska). Nie było straconych piłek, nie było mowy o nieuwadze, a gdyby udało mi się choćby w części opisać Wam minę naszej kapitan po jednym z wygranych punktów po bardzo długiej akcji, bylibyście zachwyceni tak jak ja – uosobienie motywacji!!! Było przepięknie, i aż żal, że mogło to podziwiać zaledwie …5 kibiców z Legionowa. Nic to jednak, jestem pewien, że się poprawicie….no bo przecież chcielibyście podziwiać grę skutkującą wynikiem 25:17?

Trzeci set nie był już jednak niestety tak udany. Mimo tego, że zaczął się bardzo dobrze (6:4 i 10:7) to jednak w tej części gry doświadczyliśmy tzw. syndromu 3 seta. Zdecydowanie siadło nam przyjęcie skutkujące kilkoma seriami traconych piłek. W trakcie seta zdarzały nam się także nieporozumienia (będące oczywistym dowodem braku zgrania) oraz gołym okiem można było zauważyć narastającą nerwowość. Mimo tego, gospodynie na pierwsze prowadzenie wyszły dopiero przy stanie 18:19. Wtedy też nasz trener dokonał podwójnej zmiany, wpuszczając na boisko Karolinę Sidor oraz Olę Omelaniuk. Zmiana istotna, bo po pierwsze dla Sisi był to debiut (bardzo zresztą udany) a dla Omi stanowił niejako przetarcie przed tym, co miało nastąpić później. Seta niestety przegraliśmy, zdobywając 20 punktów.

Niezwykłych emocji – szczególnie dla osoby bardzo blisko związanej z LTS Legionovia- dostarczył mi set czwarty. Ten także bowiem zaczął się źle (1:3). Co więcej, chwilę później, rozgrywająca bardzo poprawne spotkanie Justyna Antosiewicz doznała urazu wykluczającego ją z dalszej gry. Czy zastępująca ją Omi podoła, czy z jej udziałem uda się wyciągnąć wynik (3:5)? Okazało się, że Omi w mecz weszła doskonale, bo następne dwa punkty były jej udziałem (w tym as serwisowy). Co więcej, do grającej zachwycające zawody Igi Chojnackiej, dołączyła Kasią Jędrzejewska. Nic nie zmieni mojej opinii, że w decydującym secie meczu ta dziewczyna była absolutną gwiazdą naszego zespołu! W trzech poprzednich partiach większość uderzanych przez nią piłek była podbijana przez Budowlane. Zejście Justyny nałożyło na nią w ataku dodatkowe obowiązki, tym bardziej, że nasza rozgrywająca (przekonana już do jej umiejętności w meczy z KSZO) grała z nią dość często. I nie wydaje się, że ktokolwiek tego żałował, bo z chwili na chwilę Kasia porzuciła niepewność i zaczęła prać aż miło! To był kolejny przepiękny czas dla kibiców! Jak już wspomniałem, nie tylko Kasia wymaga tu pochwały: doskonałą passę kontynuowała Iga, nasze libero ponownie weszło na właściwe tory, a nad grą rozgrywającej można tylko cmokać. A wiecie, kto skończył mecz (?). No kto?  Omi! Piłkę zagraną przez plecy złapała wysooooko i posłała bombę po skosie! 25:16!

            I tak to właśnie było… I warto było poświęcić wieczór. I warto było ryzykować wariacką podróż…. Jestem szczególnie szczęśliwy, że tak wielki udział w tym zwycięstwie miała nasza młodzież – Ola Omelaniuk, to przecież jeszcze kadetka! Niech się dziewczyny ogrywają, niech nabierają doświadczenia, niech rywalizują z silnymi – bo to są najlepsze bodźce rozwojowe. A zwróćcie proszę uwagę ile młodych zawodniczek LTS jest w składzie na Młodą Ligę. Jeśli nie w tym, to z pewnością w następnych meczach dostaną swoje szanse. I jestem bardzo spokojny o wyniki tego sprawdzianu. Czekam więc z niecierpliwością na kolejne mecze. Przyjdźcie koniecznie!

Pan Sieczychowy

 

 

 

Gorzki smak wygranej.

Postanowiłem, że jednak z każdego meczu będę pisał choćby króciutką relację. Jestem Wam to winien, bo jeśli  Wy – kibice, tak licznie zaszczycacie nas swoja obecnością, musicie dostawać coś w zamian. Zawodniczki i trenerzy  odwdzięczają  Wam się wynikami, a ja – no cóż, dam Wam materiał do weryfikacji: czy aby tak właśnie było? Niełatwo jest jednak trwać przy takim postanowieniu, jeśli początkiem jego realizacji jest taki mecz.
W niedzielę 26 października w hali sportowej liceum im. Marii Konopnickiej, stanęły bowiem naprzeciwko siebie zespoły z przeciwnych biegunów tabeli ligowej. Z założenia więc nie mogło być ciekawie, i  pierwszy set całkowicie potwierdził to przypuszczenie. Wynik 25:14 całkowicie oddaje różnicę między zespołami. Niemniej jednak bardzo głęboko musiałbym w pamięci grzebać by przytoczyć jakiekolwiek ciekawe momenty.  No bo jeśli pierwszy soczysty atak wyprowadziliśmy dopiero przy stanie 10:6, to rozumiecie… ? Nasza gra była nieskładna i niedokładna, a zawodniczki seriami oddawały punkty, myląc się w najprostszych sytuacjach.
Znacznie ciekawsze były natomiast, to co stało się później. W następnych partiach nasze zawodniczki bardzo twórczo bowiem rozwijały „talenty” zaprezentowane w pierwszej odsłonie. Jaki był wynik owych wysiłków? Ano taki, że po serii błędów w ataku, przyjęciu,  obronie i w rozegraniu, na tablicy wyników mogliśmy podziwiać upokarzające 1:7!!! Wystarczyło wprawdzie kilka minut by ów wynik „wyciągnąć” na 16:16, ale niesmak towarzyszył nam już do końca seta. Wygranego, to prawda, ale w zespole który ma ambicje wykraczające poza zwycięstwo z Nike Ostrołęka, nie ma prawa dochodzić do takich sytuacji. Była już o tym mowa w jednej z poprzednich relacji. Wydawało się nawet, że dziewczyny zrozumiały przekaz, że: KAŻDY  PRZEGRANY PUNKT PRZYBLIŻA PRZEGRANĄ! ŻE NIE JEST ISTOTNE, CZY ODDAJEMY GO W POŁOWIE CZY POD KONIEC SETA! Jak to się mówi nauka poszła w las. Nasze zawodniczki postanowiły zagrać jako LTS …Ostrołęka. Przyjaźń kwitła… chcecie punkt zagrywką – proszę, chcecie podwójną (?) – nie ma problemu, a może zepsuć przyjęcie (?)….
Aby jednak być uczciwym, muszę stwierdzić dwa fakty: otóż po drugiej stronie grała NIKE …Legionowo (bo goście mylili się tak samo często jak my). Drugi fakt jest taki, że chwila koncentracji naszego zespołu  wystarczająca była na zniwelowanie przewagi gości i wygranie seta do 19. To potwierdza niezwykły potencjal naszych kadetek. Z potencjałem jest jednak, jak z talentem. Można go miec ale go nie wykorzystywać. Kadetki mają możliwości, cóż jednak z tego, jeśli wstydliwy spektakl trwał nadal ? W trzecim secie ponownie bowiem pozwoliliśmy odjechać NIKE na kilka punktów. Powiem tak: gdyby nie Kasia Niderla, której nazwisko dość często przewija mi się w notatkach w towarzystwie słów „fajny blok, soczysty atak” , a w szczególności  gdyby nie Ola Omelaniuk, której mądre ataki (niekoniecznie silne) czasami kończone zupełnie z niczego, trzymały wynik, trzeciego seta śmiało można by przypisać gościom. Na szczęście Ola miała w sobie wystarczająco dużo determinacji i skupienia, a pod koniec meczu także (widocznej gołym okiem) sportowej złości, by atakami dociągnąć wynik, a potem skończyć decydującego seta – 25:23.
Zorientowaliście się już zapewne, że piszę bardzo emocjonalne (nieobiektywne) relacje. Ta też jest taka. Jednocześnie jest jednak bardzo różna od dotychczasowych, bo dziś nie skupiłem się – jak zwykle- na pozytywach. Dziewczyny,  (wprawdzie pojedynczo : nie wszystkie, ale jako drużyna – jak najbardziej) dziś na to po prostu nie zasłużyły. Nie powinno tak być, że ceniące siebie, trenera i kibiców zawodniczki raczą siebie i ich, grą na tak upokarzającym poziomie. Dlatego dziś im się ode mnie dostało. Nie lubię tak pisać, ale musze być uczciwy i dlatego dziś jest tak, a nie inaczej.
Mam najszczersze życzenie, bym takiego tonu nie musiał więcej używać. Sprawdzian zbliża się wielkimi krokami; w najbliższy piątek jedziemy do Warszawy. Sparta czeka…       

Pan Sieczychowy.

ps. choć załączone zdjęcie dość przewrotnie oddaje sens niniejszej relacji, to jedak równocześnie pokazuje piękno sportu, a to – kiedy tylko można- należy pokazywać i hołubić. Na boisku- przeciwnicy, poza nim – przyjaciele! Żeby wszystko było jasne – widoczna na zdjęciu Monika Oleszczuk zagrała bardzo przyzwoite zawody…

Podziękowań dalsza część

I znowu przyjemnie…

I znowu miło… 🙂

I znowu piszę to co pisać uwielbiam. Tym razem będzie płeć piękna. Dzisiaj dziękujemy Pani Lidii Mituniewicz, opiekunowi grupy Trenera Olka Miętka, czyli rocznika 2001.

Pani Lidia jeszcze w zeszłym sezonie ufundowała komplet strojów dla zawodniczek rocznika 2001 a w tym poszła za ciosem i ufundowała kolejny. Lidziu, serdecznie dziękujemy.

Lidzia jednak poza wkładem finansowym poświęca również swój czas (a dokładniej rzecz ujmując: dużo czasu) na organizację wyjazdów, turniejów i generalnie spraw różnych, których jest ogrom.

Lidziu jeszcze raz wielkie DZIĘKUJĘ od nas wszystkich i tak trzymaj!


SK

Kadetki i Juniorki wygrywają po 3:0

Dzisiaj odbyły się dwa mecze w kategoriach Kadetek i Juniorek.

Kadetki 2000 wygrały z Torstar Kobyłka 3:0 a Juniorki godzinę później powtórzyły wynik i wygrały z Volleyem Płock również 3:0. Oba mecze można „niestety” zakwalifikować do tego samego gatunku do jakiego zdążyliśmy już przywyknąć. W obu meczach widać było sporą przewagę Legionowianek.

Miałem napisać relację z obu meczy pod nieobecność „Pana Sieczychowego” bo czułem się zobowiązany, jednak nie mogę, gdyż drugiego meczu praktycznie nie obejrzałem choć na nim byłem. Musiałem pomóc jednej z naszych zawodniczek wraz z Trenerem Kamilem Kalką. Nasza kadetka Weronika Trzeciak doznała kontuzji. Podczas meczu zderzyła się głowami z Kasią Piłatowicz. Uderzenie było na tyle silne że Weronika na krótko straciła przytomność i przez dłuższy czas nie mogła dojść do siebie. Wezwana była karetka pogotowia, która zabrała naszą zawodniczkę do szpitala z podejrzeniem wstrząśnienia mózgu oraz urazu szyjnego odcinka kręgosłupa.

W takich sytuacjach lepiej chuchać na zimne i na wszelki wypadek wykonać niezbędne badania aby wykluczyć poważniejszy uraz. Kasia również narzekała na ból głowy i złe samopoczucie jednak czuła się zdecydowanie lepiej i wróciła do domu z rodzicami.

 

Weronika, trzymamy kciuki za Twoje zdrowie i mamy nadzieję, że na strachu się skończy.

 

StaryKisiela

Podziękowania

Pewien mocny artykuł zamieszczony na naszej stronie (w dość przewrotny sposób opisujący finanse klubowe i związane z nimi trudności) spowodował natychmiastowy odzew kilku rodziców.

Okazało się, że nie każdy zdawał sobie sprawę z ogromu potrzeb.

Z tym większą przyjemnością pragniemy poinformować, że do grona osób wspierających finansowo LTS Legionovię i jej młode siatkarki dołączyli Pan Wojtek Uze (znany niektórym z Klubu Kibica) oraz Pan Dominik Parzydło, których córki grają w naszych Młodziczkach. Obaj Panowie zakupili po jednym komplecie strojów meczowych (razem 2 komplety po 18 szt.!!!). Wydatek to duży i pomoc dla klubu znacząca. Ponadto obaj Panowie zadeklarowali chęć dalszej pomocy finansowej.

 

Szanowni Panowie, serdecznie dziękujemy w imieniu klubu i zawodniczek!

Brawo!

Historyczny mecz.

Dzisiaj o 18:00 czasu Warszawskiego (16:00 UTC), jak stwierdził Prezes Legionovia SA Sławomir Supa „stała się rzecz historyczna”. SK Bank Legionovia Legionowo rozpoczęła rozgrywki w Młodej Lidze Kobiet (tzw. Młodej Orlen Lidze).

Debiut ten okazał się dla nas bardzo udany, gdyż drużyna Wojciecha Lalka wygrała z KSZO Ostrowiec SA 3:0. Dodatkowo na trybunach pojawiło się bardzo dużo kibiców i o wszelkich obawach dotyczących frekwencji zapomnieliśmy wraz z pierwszym gwizdkiem.

Dzień historyczny bo jak wiemy Młoda Liga Kobiet jest przedsięwzięciem nowym w żeńskiej siatkówce i nie tylko dla nas ale i dla wszystkich klubów jest wielką niewiadomą. Przed wprowadzeniem tego pomysłu wiele było zdań i opinii. Nie raz podważano sensowność tego typu rozgrywek. Ale jak sobie przypomnę, że kiedy Pan Prezes Mirosław Przedpełski zatrudniał Stephane Antigę również było „wiele” głosów krytyki i wrócę do niedawnego turnieju Mistrzostw Świata w Polsce to zastanawiam się jak wielkim sukcesem będzie „MLK”…

Do rzeczy.

Zaczęliśmy w najmocniejszym (tak mi się wydaje) składzie: Iga Chojnacka (K), Natalia Gajewska, Justyna Antosiewicz, Kasia Jędrzejewska, Klaudia Alagierska, Milena Paszyńska, Krysia Pietraszkiewicz(libero).

Początek to gra punkt za punkt. Poziom wyrównany. Widać było, że zespoły próbują się nawzajem, badają grunt. Jednak z każdą piłką jedna i druga strona rozkręcały się i nabierały pewności siebie. Tak było mniej więcej do połowy seta. Końcówka należała już zdecydowanie do zawodniczek Legionovii i seta skończyliśmy wynikiem 25:18.

Drugi set to już regularna gra. To co dało się słyszeć na trybunach to zgodne głosy kibiców, że obie drużyny dość często składały sobie „prezenty” w postaci błędów własnych. Nie, nie mam na myśli złej gry zespołów ale ilość błędów czasami była spora. Widać jednak, że wynika to w dużej mierze z braku zgrania (po obu stronach). Na uwagę zasługuje fakt, iż Legionowianki od początku zdobywały przewagę i potrafiły utrzymać ją do końca seta. Przewaga w połowie seta urosła i ostatecznie ta partia zakończyła się wynikiem identycznym jak w pierwszym secie: 25:18.

Trzeci set to już „radosna” twórczość trenera Wojciecha Lalka. Trener w secie trzecim postanowił dać szansę swoim najmłodszym zawodniczkom i chyba udało mu się wprowadzić na boisko wszystkie zawodniczki ze składu. Chwała mu za to! Choćby dlatego, że dzięki temu nasze najmłodsze zawodniczki powołane na ten mecz weszły na boisko, dotknęły piłki, przełamały tremę (?) i również przejdą do historii jako te, które „zaczęły” naszą przygodę z MLK. Owszem te minuty, w których na boisko weszły Natalia Nowak, Magda Dąbrowska, Ola Omelaniuk, Kasia Niderla (rocznik 99!!!) nie należały do najlepszego okresu naszej gry, ale też trzeba przyznać, że dziewczyny (niektóre) były troszkę stremowane a wtedy jak wiemy nie wszystko wychodzi. Trener sporo zaryzykował i w końcówce seta skład wrócił do kształtu pierwotnego. Muszę tu jednak wyróżnić Natalię Nowak, która w mojej opinii zachowała zimną krew i była chyba najmniej (jeśli nie wcale) stremowana. Po powrocie „starych” wszystko wróciło do normy i choć oddaliśmy kilka oczek to seta wygrywamy 25:23 a tym samem i cały mecz.

Żeby was jednak nie pozostawić z tym krótkim opisem niewiele mówiącym o grze, przekażę wam swoje MOCNO SUBIEKTYWNE spostrzeżenia.

Iga Chojnacka to kapitan naszego zespołu. I nie stwierdzam tu wyłącznie faktu lecz stwierdzam stan rzeczy. Iga Chojnacka jest w tej drużynie kapitanem. Tak się zachowuje i tak jest traktowana przez swój zespół. Widać też wyraźnie, że Iga nie jest już tą dziewczyną, którą pamiętamy sprzed dwóch sezonów. Iga jest dojrzalszą zawodniczką, która gra rozważną i świetną siatkówkę.

Krysia Pietraszkiewicz do swojej energii i szybkości zaczyna (powoli) dokładać dokładność i świetną asekurację oraz skupienie.

Kasia Jędrzejewska pokazuje, że na drugie imię ma „spokój” a na trzecie „siła”.

Natalia Gajewska udowodniła, że mamy naprawdę solidną rozgrywającą. Pomimo kilku nieporozumień na środku to jednak cały mecz możemy zapisać jej na duży plus a do tego widać było, że konsekwentnie realizuje wszystkie założenia taktyczne trenera.

I Justyna Antosiewicz… Justynka… Cały mecz grała dobrze. Grała stabilnie. Ale to co zrobiła w połowie trzeciego seta to było coś co (przysięgam!) widziałem pierwszy raz w życiu! Atak po skosie z 4ki w 4kę? Ile ta piłka centymetrów wpadła od linii środkowej? 15? Coś takiego potrafią chyba wyłącznie leworęczne zawodniczki. Coś takiego potrafią tylko wyjątkowe zawodniczki. Justyna pokazała, że ma w sobie niesamowity potencjał. Nawet kiedy piszę ten artykuł nie mogę zapomnieć tego ataku. Może ja mało widziałem, ale niech się wypowiedzą bywalcy: ile takich ataków widzieliście???

Każdą zawodniczkę mógłbym pochwalić i u każdej coś znaleźć. Ale przecież nie o to chodzi. Chodzi o to, żeby te młode dziewczyny ogrywały się jak najwięcej. Wszak mają być przyszłością Orlen Ligi! I wierzę, że spora z nich część tą przyszłość napisze.

Składy meczowe:

SK Bank Legionovia Legionowo: Iga Chojnacka (K), Natalia Gajewska, Justyna Antosiewicz, Kasia Jędrzejewska, Klaudia Alagierska, Milena Paszyńska, Natalia Nowak, Magda Dąbrowska, Ola Omelaniuk, Kasia Niderla, Krysia Pietraszkiewicz(libero)

 

KSZO Ostrowiec SA: Paulina Nowak, Aleksandra Okoń(L), Weronika Mazur, Zuzanna Urbańska, Klaudia Grzelak(K), Wiktoria Kowalska, Magdalena Turek, Paula Chlebowska, Ewelina Tobiasz, Alicja Stefańska, Adrianna Semeniuk (L), Aneta Pietrzyńska.

 

P.S.

W to tworzenie historii wpisał się jeszcze jeden człowiek. Otóż komentatorem pierwszego meczu SK Bank Legionovii w Młodej Lidze Kobiet był sam Prezes Sławomir Supa. Panie Prezesie! Bardzo nam się podobało i prosimy o więcej!!

 

StaryKisiela

Prowokacji ciąg dalszy…

Nie chodzi mi oczywiście o sztuczne pompowanie zainteresowania, właściwe bardziej szmatławcom niż tak poważnej stronie jak ta, ale to co dziś mam do przekazania, w kontekście kilku niedawno rozegranych meczy, jest swoistą kontynuacją poprzedniej publikacji. Stąd taki właśnie tytuł. Mam więc nadzieję, że wierni Czytelnicy dotrwają do zakończenia relacji i wyjaśnienia intencji autora.
W tak zwanym międzyczasie, tj. w okresie od ostatnio opisywanego meczu z NOSiR Nowy Dwór Mazowiecki, a dniem dzisiejszym, w grupie juniorsko-kadeckiej wydarzyło się wiele. Rozegraliśmy bowiem dwa mecze w kategorii młodszej i jeden juniorski. Zaczynajmy więc…
W piątek grupa dzielnych kadetek pod przewodnictwem II trenera Kamila Kalki wyruszyła do Warszawy zdobyć halę tamtejszej Ateny. Nie skupiałbym się na tym spotkaniu zbytnio, gdyby nie kilka towarzyszących mu faktów. Po pierwsze był to – jak już wcześniej wspomniałem debiut Kamila na ławce trenerskiej w oficjalnym meczu ligowym naszego klubu. I debiut wypadł bardzo dobrze, bo mecz wygraliśmy bez straty seta. Inna sprawa, że choć Atena Warszawa wzniosła się na wyżyny umiejętności i ambicji, to wydaje się , że przez cały czas pod naszą całkowitą kontrolą. Niemniej jednak w tym miejscu chciałbym wymienić jedną z zawodniczek Ateny, której siła ataku trzymała gospodynie w bezpośredniej bliskości punktowej do LTS-u – Wiktoria Kowalska. Inną sprawą jest, to, że i nasze zawodniczki myląc się w przyjęciu i zagrywce, dawały Atenie wiarę w zwycięstwo. Na szczęście sprawa dotyczy jednak tylko dwóch pierwszych setów, w których oddaliśmy gospodyniom 17 i 21 pkt. Trzeci set ograbił je jednak ze złudzeń, a wynik mówi sam za siebie – 25:7. W naszym zespole świetnie zaprezentowała się Milena Montowska, która bodaj pierwszy raz miała okazję, na tak długim dystansie prezentować swoje umiejętności. I powiem Wam, że potencjał ma przeogromny! Potwierdziła to jeszcze w niedzielę…ale o tym potem. W meczu z Ateną Warszawa swój debiut zanotowała także Weronika Trzeciak, która jak na razie dochodzi do siebie po kontuzji, ale jestem przekonany, że już niedługo nie będzie pukać, ale pięściami dobijać się do pierwszego składu. Choć bowiem brakuje jej troszkę do najwyższych, to jednak serce do gry ma bodaj największe w całym zespole, ambicję i wolę walki niezłomne, a motorykę wręcz niezwykłą. Jest szybka, zdecydowana, odważna. Już niedługo może być liderem i duszą grupy. Wernika nie zdobywa wielu punktów, ale nie to jest w siatkówce najważniejsze. Wera wnosi na boisko owo mityczne „coś”. I to chyba największy komplement.
Absolutnym jednak bohaterem spotkania była Natalia Mazurkiewicz (na zdjęciu). Jeśli poszperacie w poprzednich relacjach znajdziecie jej charakterystykę. Nie chce do tego wracać, gdyż śpieszno mi do zaprezentowania jej dokonań. Chmmm, jak by to opisać abyście  choć w małej części mogli poczuć to co obecni na hali. No dobra spróbujmy… Mamy początek trzeciego seta, wynik bliski remisu, na zagrywkę wchodzi Natalia..i się zaczyna! Popis, popis, popis!! Natalia posyła co najmniej 6 asów, a to co udaje się podbić przeciwniczkom, uniemożliwia im skonstruowanie akcji choćby z wielkim przymrużeniem oka mogącej stanowić zagrożenie dla LTS-u. Kiedy seria trwała i trwała, a Mazur nie zdradzał nawet cienia chęci opuszczenia pola zagrywki, zaczęło się szaleństwo! Kwadrat krzyczał wniebogłosy: Maaaazuuur, Maaaazuur! Ktoś na widowni padł na kolana! A ta nic sobie z tego nie robiąc grała swoje. As! As! As! I kiedy wszyscy szykowali się do celebrowania następnego, Mazur wyrzuciła piłkę wysoko – jak dotąd…wyszła w górę …i zaserwowała ,….w 8 metr….swojej połowy. To trzeba było zobaczyć! Z jej relacji wynika, że to miał być skrót… Radości złośliwców nie było końca… Mazur dzięki za ból brzucha!!! Mimo tej zabawnej wpadki niewątpliwe jest, że Natalia to prawdziwy skarb i postrach. I cieszę się, że serwuje w kierunku przeciwnym, a nie w nas.
W niedzielę ponownie pojechaliśmy „w Polskę”, tym razem do Nadarzyna na dwumecz z miejscowym GLKS. To już taka świecka tradycja, że jadąc do Nadarzyna od razu aranżujemy spotkania kadetek i juniorek. Oszczędność czasu i pieniędzy. GLKS robi z resztą podobnie. Na początek poszły kadetki. I znowu wygrały. I to bez straty seta, do 12, 22 i 7. Nie był to jednak wcale łatwy mecz. Powiem więcej, był to mecz który przysporzył zmartwień i frustracji trenerowi oraz licznej grupie kibiców. Był to mecz wielu błędów, niezdecydowania, ospałości i przestojów. Prześledźcie np. historię seta drugiego: zaczynamy od 6:1, a potem było 7:7, 15:11, 16:15, 20:15…20:20 (!!!). Na nic były czasy i uwagi trenera… opanowała je jakaś nieprzezwyciężalna niemoc. Czego mi naszej drużynie najbardziej brakowało, to energii. Akcje rewelacyjne, konsekwentnie przeplataliśmy babolami. Po boisku snuliśmy się ospali i cisi. Nie interesuje mnie wygrywanie w takim sennym i słabym stylu! Chcę oglądać zespół na miarę jego potencjału!
Jak już wcześniej wspomniałem w meczu ponownie świetnie zaprezentowała się Milena Montowska, która (jeśli już dostawała dobrze przyjętą piłkę) pozwalała rozwinąć skrzydła Oli Omelaniuk, Kasi Salamonik i Paulinie Sobolewskiej. Cichym bohaterem spotkania, w naszej drużynie była jednak Ania Machnacka, która alarmowo zagrała na środku i … dała radę. Brawo!
Przejdźmy teraz do juniorek. Pół godziny po zakończeniu meczu kadetek wyszliśmy po kolejne zwycięstwo. Pierwszy set był w naszym wykonaniu bardzo dobry. REWELACYJNE zawody grała Natalia Mazurkiewicz- przyjmowała, broniła i atakowała. Mazur- człowiek orkiestra! W porównaniu do kadetek – jakże inna to była drużyna: pełna energii, pasji i radości. Na boisku panowała pełna harmonia i komunikacja. GLKS natomiast seriami psuł zagrywki. Uwierzycie, jeśli powiem, że na pierwszych 10 naszych punktów, co najmniej 6 podarowali nam gospodarze?  To nie mogło trwać wiecznie. I niestety nie trwało, bo po przegraniu I seta do 17, GLKS znacznie się w tym elemencie poprawił. Ponadto świetnie bronił i widać było, że wyszedł na boisko wygrać mecz. Pierwszy krok ku temu, gospodynie zrobiły już w drugim secie, w którym goniły, goniły i goniły…aż w końcu dogoniły i przegoniły. 25:27. A my graliśmy coraz gorzej. Po pierwszym- rewelacyjnym secie- pozostałe zagraliśmy źle lub w kratkę. Siadło przyjęcie, atak był bojaźliwy, zdarzały się błędy komunikacji, błędy oceny lotu piłki i takim to oto sposobem po uratowaniu meczu w secie czwartym (25:17) w decydującym oddaliśmy pole, przegrywając 12:15. Pomimo, że na początku wygrywaliśmy 5:1!
Tragedii jednak nie ma – są okoliczności łagodzące – bolesnego urazu nabawiła się Justyna Antosiewicz, kilka zawodniczek stanowiących istotną część składu juniorskiego grała w kadetkach itd. Pójdę nawet dalej – to nie jest bolesna porażka, straciliśmy bowiem tylko jeden punkt. Może się jednak okazać, że bardzo nam się przysłuży, bo może stanowić oczekiwane przeze mnie otrzeźwienie. Wiedziałem, że to kiedyś musi nastąpić – nie da się wygrywać bez końca. Dziewczyny dostały zimny prysznic. Jeszcze raz więc powtórzę – szanować trzeba każdego przeciwnika, szczególnie GLKS Nadarzyn. Przewrotnie powiem także (za jednym z komentatorów poprzedniego artykułu), że wyrazem najwyższego uznania dla przeciwnika jest z nim wygrać jak najwyżej i jak najszybciej. Nie oszczędzać, tylko przeć do przodu. Chyba nam tego dziś tej świadomości zabrakło…
Czy to była ta prowokacja. Ano nie. Kiedy już wróciłem do domu i zabrałem się za zaległe prace domowe, jak piorun trafiło mnie pewne pytanie: a co ja zrobiłem by dziewczyny wygrały? Po co ja właściwie chodzę na te mecze?
I wiecie do czego doszedłem?
Nasze dzieci chodzą na treningi. Pięć razy w tygodniu poświęcają swój czas po to byśmy my, kibice (a w zdecydowanej większości rodzice), doświadczali radości. Nasze dzieci nie chodzą do kina, nie chodzą na imprezy, zaniedbują znajomości, a potem zarywają noce odrabiając lekcje… po to tylko by ich rodzice mogli wygodnie zasiąść na trybunach … Cholera, to chyba nie o to chodzi by zasiadać na trybunach!! Nagle poczułem się winny, że siedziałem cichy, od czasu do  czasu pokrzykujący jakieś słowa otuchy albo zachęty, z podobnymi sobie snując jakieś pseudofachowe wywody, kto co zrobił dobrze, a komu co nie wyszło… A moje dziecko przegrywało , a ja… To jest przecież żałosne!   Kibice na meczu są po to by WSPIERAĆ swoją drużynę! Wstyd mi za to, że po meczu, w którym mojej drużynie nie szło, w którym nie szło mojemu dziecku (!!!) ja nic z siebie nie dałem. Nie pomogłem mu!!! Czy to jest wyraz szacunku?!
I jak się tak nad tym zastanowiłem, to pojąłem, że zawiodłem… Tak naprawdę zawiedliśmy wszyscy- wszyscy obecni na trybunach. Co więcej, jak na razie mogę się nie wstydzić wyłącznie za mecz naszych kadetek z MOS-em. Po powrocie kilka dni nie mogłem mówić, ale jaki byłem szczęśliwy!! I jaki wdzięczny Januszowi Żbikowskiemu, że tak pięknie rozbujał trybuny.
Pokażmy więc naszym dzieciom, że je wspieramy, że szanujemy ich trud i poświęcenie, że im pomagamy! Krzyczmy, śpiewajmy-dopingujmy! Nie wstydźmy się siebie nawzajem, bo przecież wszyscy przychodzimy na halę w tym samym celu! Wymażmy wreszcie z pamięcie jakieś odległe wspomnienia wspaniałego dopingu, zastąpmy je nowymi!!! To wspaniałe uczucie! Naszych dzieci nie interesuje milczący tłum na trybunach – one chcą by ich rodzice byli z nimi.
Mam więc teraz pytanie: czy Ty, Rodzicu szanujesz trud swojego dziecka?! Czy jestes na chwile wysiłku by mu pomóc?  Tak, no to super! Koniec więc ze wstydem, koniec z ograniczeniami. Pokażmy na co nas stać!! Że nie jesteśmy wapniakami i sztywniakami. Od następnego meczu!!! DAAAAWAAAAĆ!!!

Pan Sieczychowy.