Jak Feniks z popiołów

Wiecie ile żyje Feniks? Podobno nawet 1000 lat (tak przynajmniej twierdzą antyczni znawcy tematu…). A wiecie ile czasu zajmuje mu powstanie z nicości? 3 dni. A wiecie co to znaczy dla kibiców Legionovii? Ano tyle, że po załamaniu, teraz przyszły tłuste lata, że skończył się czas smutku i zaczął czas radości.

Choć w zeszłym sezonie nie mogłem bezpośrednio uczestniczyć w życiu naszego klubu, to jednak jego przebieg znam i mam nieodparte wrażenie deja vu. W poprzednim sezonie, na etapie rozgrywek ligowych naszym młodziczkom i kadetkom szło bardzo opornie. Laski odpaliły w ostatnim możliwym momencie i sezon skończył się zdecydowanie pozytywniej niż sie na to zapowiadało. Znamy jednak tło owych wahań formy.

W tym sezonie zawodniczki LTS miały jednak komfortowe warunki treningu i rozwoju, teoretycznie więc ich gra powinna być wolna od podobnych upadków. Dziewczyny jednak nie oszczędzały trenera i kibiców. Przypomnę więc, że choć sezon zaczęły z rezonem, planowo wygrywając z teoretycznie słabszymi drużynami i podejmując walkę z lokalnymi mocarzami, to jednak zdarzały się momenty przestoju (z czasem coraz dłuższe), zupełnie irracjonalne i gwałtowne spadki formy, nie dające się niczym wytłumaczyć okresy bezsilności, w których zawodziły wszelkie znane środki zaradcze oraz formy motywacji. Dziewczynom po prostu odcinało prąd, mózg przestawał wysyłać do nóg informacje o właściwym ich ruchu, o możliwościach kierunkowego posyłania piłki w pole przeciwnika, czy też o właściwym ułożeniu rąk w przyjęciu. Z czasem owa dysfunkcja doprowadziła do tego, że nasze zawodniczki nie potrafiły na jakimkolwiek poziomie wykonać podstawowych zagrań. To był dramat… Dramat pogłębiany dodatkowo nieszczęśliwym zbiegiem z terminami meczów z niezwykle silnymi zespołami. Na ten właśnie czas przyszło nam się bowiem mierzyć z MOS Wola, Spartą Warszawa i Volleyem Płock. Usilnie szukaliśmy drogi wyjścia, bo przecież oczywistym było, że Młode Lalki- zdobywczynie 4 miejsca ubiegłorocznych Mistrzostw Polski Młodziczek- nie utraciły swoich siatkarskich przymiotów z dnia na dzień. Prezentowane na treningach zagrania i styl gry musiały się w końcu ujawnić w oficjalnych meczach! Rozwiązanie było oczywiste – nastawienie mentalne (Weź tylko człowieku dotrzyj z tym przekazem do dziewcząt!) Trzeba było czasu, cierpliwości i spokoju. Trzeba też było zrozumienia tego problemu przez nasze zawodniczki.

Okazało sie wtedy, że mamy bardzo mądrą młodzież. Dziewczyny potrafiły dopuścić do siebie pewne pomysły, potrafiły się zorganizować i z meczu na mecz w ich grze pojawiało się to czego brakowało drużynie będącej na dnie – duch zespołu! Niestety, los rzucił nam wtedy pod nogi kolejne kłody pod postacią kontuzji (albo zdrowotnych problemów) trzonu zespołu: Oli Omelaniuk, Mileny Paszyńskiej, Krysi Pietraszkiewicz, Ani Maziopy, Ani Łukasiewicz, Magdy Dąbrowskiej i Marysi Krośkiewicz. W ostatnim czasie doszło do tego, że środkową bloku drużyny juniorek była (niewysoka przecież) młodziczka – Ania Machnacka (!!!) a kadra meczowa liczyła sobie 7 zawodniczek, w tym dwie libero. I co? Okazało się, że w tym tak pokaleczonym zespole zaczął się budzić duch walki. Nagle bowiem przestały na mecze wychodzić z minami skazańców, nie biło już od nich niewypowiedziane przesłanie pozwalające harcować słabszym zespołom, a ich kibicom dworować sobie z naszych umiejętności. Na mecze nie wychodziły już szaraczki i myszki, ale rozdrażnione lwice gotowe pazurami walczyć o każdą piłkę. Co mi się wtedy najbardziej spodobało, to zdanie jednej z naszych zawodniczek Proszę Pana, ja mam już dość przegrywania. Chyba wszyscy już tego mieli dość.

Tak sobie myślę, że zwrot nastąpił po meczu przegranym z kadetkami Ateny Warszawa. Bo choć nie miałem sposobności być świadkiem tych zdarzeń, to wierzę w relacje opisujące go jako absolutny upadek.

W kolejnym spotkaniu (wprawdzie przegranym, z juniorkami Volleya Płock) nasze zawodniczki pokazały charakter. Wygrały pierwszego seta, a w pozostałych (w zdecydowanej większości) pokazały nadchodzące zmiany. Na wygraną nie było nas jednak stać, ale nie o to chodziło. Ważniejsze od wygranej było zadowolenie z jakim zespół wracał z Płocka.

Choć spodziewałem się zmiany gry, jej tempo i gwałtowność przyprawiły mnie o zawrót głowy. Przeciwko kadetkom Sparty wyszedł bowiem zupełnie odmieniony zespół.. Miło było patrzeć! Zmienniczki grały jak z nut. Gwiazdą była Monisia (pochwały za grę w bloku i zagrywce), solidnością już nie wiadomo który raz błysnęła Magda, a zupełnym (pozytywnym) zaskoczeniem była Patrycja Jóźwiak, która świetnie zagrywała (asem skończyła mecz) oraz zaprezentowała kilka fajnych obron. Kasia Salamonik pokazała, że może grać na wysokim poziomie, nawet jeśli czasami zepsuje atak. W tym meczu świat się dla niej po kilku błędach nie kończył! Fajną grę pokazała też Ola Krzywańska, nie zawodząc w ważnych momentach, nadzwyczaj celnie rozrzucając Spartankom piłkę po narożnikach boiska. Co także godne uwagi, obydwie dostały od trenera oszałamiającą dawkę pozytywnej energii – o to chyba najbardziej chodziło!

Fajna była asekuracja (znowu wielkie brawa dla Asi Wrońskiej) i komunikacja na boisku. Najważniejsza jednak była energia, od której nasza część boiska aż skrzyła – była radość po każdej piłce, były okrzyki, było wspieranie się w trudnych momentach. Do naszej kapitan Natalii Nowak, zdaje się, dotarło z całą mocą, jak ważną pełni funkcję. Ona też nie zawodziła, rozrzucając piłkę w taki sposób, że atakujące miały możliwość komfortowego i bezproblemowego kończenia ataków. O TO WŁAŚNIE CHODZIŁO! TYLKO DRUŻYNA O TAKIM NASTAWIENIU MOŻE WYGRYWAĆ! Przeciwnik nie był może zbyt wymagający, ale porównując poprzedni mecz (wtedy w pełnym składzie) do opisywanego powiedziałbym, że to nie ten sam zespół. Mecz wygraliśmy bez straty seta.

Kolejnym, i ostatnim na tym etapie rozrywek, przeciwnikiem były juniorki Ateny Warszawa. Ostanie nasze spotkanie zakończyło się wynikiem 0:3….ale niewiele z tego meczu pamiętam. To chyba efekt samoobrony organizmu, który wyrzucił z pamięci wspomnienia mogące zdruzgotać umysł i wrażliwość. (osoby o zacięciu masochistycznym odsyłam do jednego z poprzednich artykułów).

Oglądając ten mecz miałem wrażenie, że starsze koleżanki z Warszawy nie bardzo wiedziały co się dzieje. Legionovia wsiadła na nie od pierwszej piłki, zupełnie dominując przebieg meczu. Zagrało wszystko: kombinacyjne i mądre rozegranie Natalii, ataki ze środka Mileny i Monisi (uwielbiam te dziewczyny!), przyjęcie Magdy, Krzywej i Krysi Pietraszkiewicz i w końcu atak Baby. Doskonale zagraliśmy też zagrywką (Monisia, Ola Krzywańska, Magda Dąbrowska) Ostatnia z wymienionych zawodniczek, w mojej ocenie, zasługuje na szczególne wyróżnienie, bo pomimo ciągłych problemów z żołądkiem, grała tak pewnie i spokojnie, że wyniku kończonych przez nią akcji byłem pewien i czekałem nań w spokoju. Brawo Magda! W tych okolicznościach chciałbym także wspomnieć o ciągle wyrażanym przez Olę Omelaniuk żalu, że nie może uczestniczyć w tych spektaklach. Już niedługo będziesz się mogła włączyć!

Ciekawy i symptomatyczny przebieg miał drugi set, w którym goście pozbierawszy się po okrutnym laniu z poprzedniej partii, kilkakrotnie wychodzili na kilku punktowe prowadzenie. Nasz zespół za każdym razem potrafił jednak niwelować ową przewagę – nie załamywały go niepowodzenia i niepotrzebnie tracone piłki. Choć przy stanie 15:20 niektórym kibicom małej wiary nogi miękły, to ci mocniejszej konstrukcji i silniejszym uzależnieniu od LTS-u siedzieli spokojnie. Okazało się, że owo uzależnienie się pogłębiło, bo pod koniec dziewczyny włączyły wyższy bieg i ograły Atenę, tucząc chciwych radości kibiców kolejnym zwycięstwem. Choć mogę się narazić na kumoterstwo, nie mogę nie wspomnieć o akcji, w której Natalia Nowak obroniła dwa potężne ataki, by po chwili wygrać przepychankę na siatce z najwyższą i najpotężniejszą Atenianką! Nie była to może akcja najważniejsza, ale stanowiąca doskonałą ilustrację postawy LTS i jej kapitana. Gdybyśmy tą samą sytuację przenieśli o kilka spotkań wstecz, jej wynik byłby dla mnie oczywisty- nie byłoby komunikacji, asekuracji i waleczności. Teraz natomiast wszystko to było i to dzięki temu właśnie owa akcja, potem set a następnie mecz padły naszym łupem.

 

Niech więc sobie piszą co chcą (znaczy oni już napisali …i z pewnych względów już nie napiszą….) Herodot, Owidiusz i Laktacjusz, ja swoje wiem- Feniks z popiołów znowu powstał. Powstał w Legionowie. Gra w siatkówkę i – jak mawia nasz LTS-owiski klasyk- będzie nas zachwycał rzema kolorami tęczy- czerwienią, bielą i błękitem.

Przyznam, ze sam jestem zaskoczony własnymi słowami. Tak optymistycznie. Ale tak trzeba i warto. Bo wielu na takie słowa zasługuje. I za to, że takie słowa mogę napisać serdecznie dziękuję zawodniczkom, trenerowi i kibicom LTS-u.

Wesołych Świąt.

 

 

Pan Sieczychowy

 

 

Ps. A na koniec ulubiony przez nasze dziewczyny okrzyk: DO KÓŁECZKA, DO KÓŁECZKA!!!

Odcienie szarości

Na wstępie tej relacji pragnę najgoręcej przeprosić przedstawicieli GLKS Nadarzyn za pomyłkę, jaka wkradła się w mój ostatni tekst. Pragnę zapewnić, że po tym, jak ów klub się zaprezentował w ostatnią niedzielę w potyczkach z juniorko-kadetkami LTS Legionovia, jego nazwa wyryła mi się w pamięci głębokim kanionem. Przypomnę tylko, że juniorki GLKS-u pokonały nasz zespół bez straty seta, a kadetki….no przecież nie spodziewaliście się, że we wstępie zdradzę zakończenie. To tak jakby, na przykład, miłośnikom prozy George’a R. R. Martina zdradzić losy Daenerys Targaryen – niewybaczalne.

LTS przystąpił do meczu z kadetkami GLKS Nadarzyn po niespełna dwugodzinnej przerwie, po zakończeniu trudnego meczu w lidze juniorek. Ten akurat pojedynek miał stanowić uwieńczenie tryptyku siatkarskiego pt. „Sobotnia pięciosetówka z kadetkami Volleya Płock”, „Niedzielna potyczka z juniorkami Nadarzyna” i „Popołudniowy sprawdzian wytrzymałości kadetek”. Wydawało się, że egzaminator nie powinien być nazbyt wymagający. Ostatni mecz nasze zawodniczki wygrały bowiem gładko. Zdradzając niejako zakończenie opowieści wspomnę tylko, że tym razem tak łatwo nie było. Już bowiem po kilku pierwszych punktach pierwszego seta, będących wynikiem pięknych i silnych zbić ze środka wiedziałem, że LTS będzie miał poważne kłopoty. Co więcej od samego początku nasze dziewczyny wyglądały, jakby ktoś „odciął im prąd”. Snuły się po boisku, były rozkojarzone i nieobecne. Nawet nasza rozgrywająca i zarazem kapitan, normalnie doskonale przygotowana fizycznie, startowała do piłek niemrawo i za każdym razem, z opóźnieniem. Od razu przełożyło się to na wynik, który udało się „wyciągnąć” dopiero w połowie seta, na 13:13. GLKS Nadarzyn ustawicznie motywowany przez trenera prezentował się znacznie lepiej. Nie mogło być jednak inaczej, gdyż do gier przystąpił rześki i wypoczęty. W tym secie poważnie we znaki dała nam się ich atakująca, występująca (a jakże!) z 6 na koszulce. Uwzięły się nas te „6”, czy jak? I tu, i w Volleyu Płock zawodniczki z tym właśnie numerem są źródłem naszych największych zgryzot. As tej właśnie zawodniczki doprowadził do remisu 20:20. Równowaga utrzymywała się aż do stanu 24:24 i wtedy właśnie miała miejsce, kto wie czy nie najważniejsza akcja meczu: przy serwie GLKS-u sędzia odgwizdał przewinienie polegające na opóźnianiu gry przez zagrywającą. Czy słusznie, nie wiem, nie patrzyłem na zegarek, ale niewątpliwie dało nam to zwycięstwo, bo zdobycie kolejnego punktu na kompletnie zdekoncentrowanym przeciwniku było już tylko formalnością. 26:24

Drugi set był niejako kopią pierwszej partii. Na początku seta zarysowała się kilku punktowa przewaga GLKS-u, w środkowej jego części LTS doprowadził do remisu, w końcówce zespoły grały na kontakcie i ….w tym secie końcówka dla Nadarzyna po naszych błędach w ataku i rozegraniu. 23:25. Atmosfera na hali byłą zupełnie nie siatkarska. Gdyby nie kibice z Nadarzyna byłoby cicho, jak na szachach. W tym secie w naszym zespole na kilka piłek pojawiła się Marysia Krośkiewicz, która do gry wniosła trochę ożywienia. Bardzo mi na tym zależało, aby jej energia przeniosła się na cały zespół. To z pewnością ułatwiło by dalszą grę. Na nic się jednak zdawały zachęty i motywacja – nasze dziewczyny były w innym świecie. Och jaki byłem na nie wtedy zły! Za to, że nie słuchają trenera, za to, że psują niewymuszone piłki, za to, że nie pokazują nawet części swoich umiejętności. Wtedy, gdyby zmierzyć zawartość siatkówki w siatkówce prezentowanej przez LTS, wynik wynosiłby 0,00. Dramatycznie potrzebowaliśmy jakiegoś lidera. I na szczęście ten się objawił. Dopiero w 3 secie, ale lepsze to niż nic, prawda? Milena Paszyńska. Po jej zbiciach ze środka, wyszliśmy z dwupunktowe prowadzenie, a reszta zespołu wreszcie zaczęła przejawiać odruchy godne miana sportowca. Tego seta wygraliśmy 25:17. Trudno było jednak nie gratulować Nadarzynowi, który cały czas próbował walczyć. Ich zaangażowanie przeniosło się na czwarty set, w którym pomimo znacznej straty 20:16 GLKS Nadarzyn potrafił wygrać następnych 9 piłek (oddając trzy) i mógł cieszyć się wynikiem 23:25. Pomyślałem wtedy, że przydatne może być nagranie z tego meczu. Dziewczyny powinny obejrzeć cały ten mecz bardzo uważnie. I się troszkę zawstydzić. Spojrzeć na swoją grę oczyma trenera i kibiców. Może to jest wstrząs, którego potrzebują? Dumna ze swej gry mogłaby być natomiast Milena, gdyż momenty zrywu LTS-u w tym meczu kojarzą mi się wyłącznie z jej osobą. Była groźna w polu zagrywki, skuteczna w bloku, a ataki kończyła z siłą zdolną odrywać klepki parkietu. Jak dotąd też poprawnie prezentowała się nasza libero – Asia Wrońska, która zastępując leczącą kontuzję pleców Anię Maziopę, prezentuje zaangażowanie, długimi momentami dokładne przyjęcie i rosnącą formę. Jeśli w końcu wyeliminuje błędy ustawienia, trener może mieć zagwozdkę co do wyboru odpowiedniej zawodniczki na tej pozycji.

Osłabiony postawa naszych zawodniczek w końcówce poprzedniego seta, historię tie-breaka przedstawię inaczej niż zwykle.: 3:3, 5:3 (brawo Milena!) 9:7, 9:9, 11:11, 12:11 (as Monisi) 15:12. Wygrywamy, ale…brawo Nadarzyn. Myślę, że trener przyjezdnych niesłusznie je skrzyczał. Zrobił to pewnie dlatego, że dziewczyny wypuściły z rąk możliwy do wygrania mecz.

A co do naszych dziewcząt, to im dalej od zakończenia tego spotkania, tym moje oceny stawały się mniej radykalne. Zrozumiałem, że drużyna miała najnormalniej w świecie prawo „pęknąć” fizycznie. Tym bardziej nalezą się im gratulacje za odniesione zwycięstwo. Już tak po ludzku, szkoda mi ich, bo tak się nieszczęśliwie zdarzyło, że na ich głowy, barki i nogi ostatnimi czasy spadło chyba zbyt wiele. Dziewczyny zdają sobie sprawę z oczekiwań trenera, kibiców i koleżanek. Bardzo chcą im podołać. Jak każdy sportowiec, chcą wygrywać, a to nie zawsze zależy od nich i nie zawsze jest możliwe. Ja też muszę zrozumieć, że czasami obiektywne trudności faktycznie istnieją. Nie ma tak, że ich gra jest tylko zła. Nie ma tak, że przegrywają bo im się nie chce. Nie ma też tak, że będą wszystko wygrywać. Świat nie jest zerojedynkowy, i wszystkie prawdy leżą pomiędzy czernią i bielą.

Kiedy do składu wrócą rekonwalescentki, kiedy zespół wzmocnią nasze dziewczyny z SMS-u i efekty przyniosą aktualnie podejmowane działania wzmacniające psychikę dziewcząt, będzie po prostu dobrze.

Na koniec jeszcze jedno wyróżnienie. Kasia Salamonik w ostatnich trzech meczach nareszcie zaczęła uderzać z pełną siłą. O to chodzi! Z jej atakami nie będzie dobrze, będzie BARDZO DOBRZE!

Pan Sieczychowy

Lepienie pierogów jest nudne, więc…

W ostatnią niedzielę  mieliśmy w Legionowie poważne granie! Gdyby bowiem chciał kibicować naszej młodzieży a potem seniorkom, owym „rozkoszom” mógłby się oddawać bez mała cały dzień. Nie szukajmy daleko- piszący te słowa wyszedł z domu o 9.30, a wrócił o 20.30. Siatkówka niesie ze sobą jednak wiele dobrego, bo pomaga „wyślizgać się” z lepienia świątecznych pierogów. Na przykład…

Wracajmy  jednak do siatkówki. Na wspomniane- potencjalne- przyjemności składać się miały dwa mecze naszych „młodych lalek”. Pierwsze spotkanie mieliśmy rozegrać z juniorkami z Nadarzyna. Po dwóch godzinach przerwy mieliśmy natomiast grać z kadetkami …z Nadarzyna. Choć brzmi to wszystko cokolwiek śmiesznie, to wcale takim nie jest, gdyż stanowi wyraz działań podejmowanych przez kluby dla minimalizowania wydatków na wyjazdy. W związku z tym, że obydwa mecze wymagają uwagi, a obydwa z różnych względów- niniejszą relację podzielę na dwie części. Na pierwszy ogień niech idzie mecz juniorek.

Nie miałem okazji widzieć meczu wyjazdowego, dlatego też widok rosłych zawodniczek MUKS Nadarzyn wywołał u mnie obawę i zrozumienie źródeł naszej przegranej 0:3. Zrozumiałem także skąd wzięła się ich tak wysoka lokata w lidze juniorek. Skądinąd wiem także, że zespół z Nadarzyna, grając w tym właściwie składzie dobrze sobie radzi w rozgrywkach III ligi …seniorek. A u nas w składzie tylko jedna juniorka – i do tego rekonwalescentka – wracająca po chorobie i tygodniowym rozbracie z treningami Ania Łukaszewicz. Co z resztą juniorek (?) – Justyna Antosiewicz ucząca się w SMS Sosnowiec dołączy do drużyny dopiero na etapie mistrzostw województwa, a nasza libero Krysia Pietraszkiewicz pauzuje do końca tego tygodnia po przegranej „potyczce” ze ścianą. Jak więc możecie się przekonać, do meczu przystępowaliśmy osłabieni (nie wspomniałem jeszcze o sobotniej kontuzji Oli Omelaniuk oraz przerwie w treningach Ani Maziopy), a Nadarzyn, w porównaniu do poprzedniego meczu, wzmocnił się dwoma podstawowymi zawodniczkami (wtedy kontuzjowanymi). W takiej sytuacji ten mecz mieliśmy potraktować jako doskonały trening, bo różnica potencjałów była widoczna gołym okiem.

W mecz wynikowo lepiej wszedł MUKS Nadarzyn. Zadziało się tak jednak głównie dzięki gapiostwu naszych zawodniczek, które popełniając błędy w ustawieniu miały trudności w przyjęciu.1:5 i czas dla LTS. Choć po tej przerwie MUKS Nadarzyn powiększył przewagę, to jednak nasza gra nie wyglądała źle. Różnica punktowa wynikała z tego, że Nadarzyn był po prostu lepszy – skuteczniej bronił, wyżej i równiej skakał w bloku, dokładniej serwował. Gdy strata wzrosła do 9 pkt. Wojtek wziął kolejny czas. Nie wiem co się na tej przerwie w kółeczku LTS wyrabiało, ale nagle nasza gra diametralnie się zmieniła. Po 5 doskonałych zagrywkach Kasi Salamonik zmniejszyliśmy stratę do 3 pkt. nasze dziewczyny się obudziły, podjęły walkę i grały jak równy z równym. Pod koniec seta na boisko – za dobrze się spisującą „Babę” weszła Ania Łukaszewicz. To taki jej ponowny debiut w naszym składzie, gdyż przypomnę, że jest to zawodniczka Sparty Warszawa, która jednak już w poprzednim sezonie uległa czarowi Legionovii i temu właśnie klubowi już drugi sezon dedykuje swe siatkarskie przymioty. Z takiego wyboru jesteśmy niezwykle radzi i szczerze dziękujemy za zaufanie!  Zaraz po zmianie Ania właśnie, wespół z Mileną Paszyńską postawiły piękny i skuteczny blok. Choć wtedy różnica punktowa była już najmniejszą z możliwych, siatkarki z Nadarzyna ponownie zdobyły przewagę i miały komfortową sytuację – 3 piłki setowe. Zaraz jednak popsuły zagrywkę, a my postawiliśmy blok, dołożyliśmy asa, posłaliśmy kolejną trudną zagrywkę i wyszliśmy na prowadzenie 25:24! Przez kolejnych kilka piłek na boisku trwała zażarta walka o każdy punkt. Zespoły na przemian broniły piłki setowe. Taką Legionovię lubię! Nieważne, że to w końcu Nadarzyn wygrał, ważne jest, że postawiliśmy się teoretycznie silniejszemu zespołowi. Ważne, że zawalczyliśmy! 31:33. Jeśli w kolejnym secie uniknęlibyśmy serii głupich strat i utrzymalibyśmy poziom koncentracji z tej partii, to trener Wojciech Lalek z dziewcząt mógłby być zadowolony.

 I pewnie był. I zebrani kibice też byli z pewnością zadowoleni. Co więcej, w takich okolicznościach nawet mina srogiego zwykle ojca jednej z podpór naszej drużyny powinna być pogodna. Rzut oka. Jednak nie, nie jest pogodna…Janusz się nie uśmiecha, czyżby wieszczył odwrócenie wyniku? Jest przecież 5:1! Ot, fatalista…ale chyba z jakimś darem, bo nagle Nadarzyn się podnosi. Na tyle skutecznie, by nas dojść i doprowadzić do wyniku 8:10. Po nie przyjętej przez LTS zagrywce (z niewątpliwej winy jednego z nieodpowiedzialnych kibiców, sugerującego Oli Krzywańskiej piłkę outową- Milena zna personalia owego zdradzieckiego indywiduum!) przewaga Nadarzyna wzrosła do 5 oczek. W tym okresie mnożyły się nasze błędy w ataku. Element ten doprowadził do powiększenia straty o kolejne 5 oczek. Nadarzyn z kolei grał swobodnie, uderzał nad naszym blokiem, rozważnie kiwał, co nieomylnie prowadziło ku końcowi seta. MUKS spokojnie skończył te partię tracąc zaledwie 13 oczek. Janusz przestań czarować!

Na początku trzeciego seta LTS wychodzi na prowadzenie. Biorąc pod uwagę uprzednie wydarzenia, w ciemno brałbym taką minimalną przewagę, ale utrzymaną do końca seta. Źle mi się bowiem kojarzą znaczne odjazdy punktowe, po których przychodzi załamanie i katastrofa. Nasz zespół robił, co mógł, by utrzymać prowadzenie. Nasz trener, już chyba rozluźniony (a może osłabiony) wahaniami poziomu gry podopiecznych, pozwala sobie na żarciki i drobne (acz humorystyczne) uszczypliwości. Nie są to złote myśli, jakimi na jednym z ostatnich meczy swoje zawodniczki raczył trener drużyny przeciwnej, po których te stawały osłupiałe i zadziwione. Tamten pokrzykiwał: „Cztery razy dotknęłaś piłki i cztery punkty oddaliśmy. Brawo!”, albo „Kopytka ci się rozjeżdżają na tym parkiecie. Kopytkuj uważniej!”. Poziom sarkazmu naszego trenera jest zupełnie inny, taki bardziej sympatyczny. Tak mi się wydaje, że nasze zawodniczki lubią ten humor. Pozwoliłem sobie na taką dygresje, bo wpasowuje ona w to co działo się na boisku. Gra toczyła się jakoś tak lekko, bez obciążeń, i na remis. 11:11. I co wtedy się stało. Sprowokowany przez tego samego nieodpowiedzialnego kibica Janusz, uśmiechnął się. I jeszcze zaklaskał…  Przyniosło to natychmiastowy efekt w postaci zepsutej zagrywki „Sieczychowej” oraz błyskawicznego odjazdu Nadarzyna (nie z Legionowa, tylko punktowego). Chłopie nie klaskaj, bo za dużo w tym …uroku…!!  Zapobieganie entuzjazmowi Janusza na nic jednak się zdało, i tego seta też przegraliśmy. Tym razem 25:20.

Co by nie mówić, w tym meczu nasz przetrzebiony zespół pokazał pazur i wolę walki. W mojej ocenie rokuje to bardzo dobrze na przyszłość, bo po oczywistych wzmocnieniach dziewczynami z SMS-u, Krysią Pietraszkiewicz i Olą Omelaniuk, następnym razem na boisko wyjdzie zupełnie inna drużyna. I wtedy MUKS Nadarzyn może się bardzo zdziwić. W tym też kontekście chciałbym ostudzić głowy potencjalnych krytykantów. Zanim podniesiecie głowy pamiętajcie, że w lidze juniorek gramy młodym zespołem (składającym się głównie z kadetek). Dodatkowo jesteśmy osłabieni brakiem kilku podstawowych zawodniczek. Z tego też powodu nasze zawodniczki w rozgrywkach tej grupy wiekowej są (na razie) skazywane na pożarcie. Pamiętajcie, że już niedługo to będzie inny zespół. Bądźmy więc spokojni. Wszyscy.

 

Pan Sieczychowy

Stare przysłowie mówi…

 

Ostatnimi czasy, idąc na mecz kadetek LTS-u odczuwam niemały dyskomfort wynikający z niepewności co do przebiegu meczu. Dziewczyny potrafią bowiem jak nikt piękną grę przeplatać okresami trzepakowej przebijanki. Po serii dotkliwych porażek z teoretycznie silniejszymi zespołami, w sobotę nadszedł czas na sprawdzenie formy z porównywalnym przeciwnikiem – Volleyem Płock. Pragnę tylko przypomnieć, że ostatnie nasze spotkanie, choć skończyło się wygraną, to wywalczoną w piątym secie i po zażartej walce. Gwoli uzupełnienia obrazu wspomnę, że nasze przeciwniczki błysnęły ostatnio formą i powalczyły z obecnym liderem rozgrywek – MOS Wola, nieznacznie tylko mu ulegając. Wszystko to wskazywało, że zespół Wojtka Lalka czeka niełatwy test.

Tym meczem też wkroczyliśmy w następny etap przygotowań do turnieju finałowego o mistrzostwo województwa: trener zaprzągł do pracy techniczne środki rejestracji dźwięku i obrazu (czy nie można tak po prostu – „nagrywa mecze”, a nie w stylu: co to jest zwis męski ozdobny ? Krawat), a zawodniczki przystąpiły do gry zdecydowanie bardziej dziarskie niż ostatnimi czasy.

Ja natomiast byłem bardzo ciekaw, jak zaprezentuje się zawodniczka Volleya, która w ostatnim meczu napsuła nam tyle krwi zagrywką oraz czy nasze dziewczyny znalazły związek jaki zachodzi między popełnianymi błędami własnymi a wynikiem meczu.

Początek pierwszego seta w naszym wykonaniu bardzo dobry. Od remisu 2:2 zaczęliśmy bowiem stopniowo zdobywać przewagę, grając poukładaną i mądrą siatkówkę. Przy stanie 9:5 trener z Płocka bierze czas. Nic to jednak nie pomaga, bo LTS gra bardzo dobrze i stopniowo powiększa przewagę. 13:7. Kolejny czas dla Volleya. Trudno się dziwić, bo na tamten czas był to chyba jedyny sposób na zachwianie pewności przyjęcia, zagrywki i naszego przeglądu pola. Magda Dąbrowska popisuje się przepiękną kiwką w środek pola i mamy już 9 pkt przewagi! Wtedy ma miejsce najważniejsze wydarzenie tego meczu – koszmarnej kontuzji doznaje nasza środkowa – Ola Omelaniuk. Przy ataku Volleya zostaje trafiona w czubek kciuka, który w całości wyskakuje ze stawu…brrrr! Tego akurat nie chcielibyście widzieć! W miejsce Oli wchodzi Monika Oleszczuk. Ostatnio pisałem o niej jako o zawodniczce robiącej znaczne postępy w polu zagrywki i ataku, i te właśnie przymioty miały zrównoważyć kompletną – jak dotąd- grę naszej „Omi”. Wszyscy mieli nadzieję, że nie zmieni to znacząco naszej gry i nie odwróci losów meczu. Na szczęście w polu zagrywki była wtedy Natalia Nowak, która posłała dwa asy serwisowe, co uspokoiło zespół i dało prowadzenie 22:12. W polu zagrywki Volleya pojawia się wtedy wspomniana wcześniej przeze mnie zawodniczka z nr 6, która odpowiada nam kilkoma asami serwisowymi i zmusza naszego trenera do wzięcia czasu. Przewaga spadła, ale jednak nie na tyle by nie wystarczyło to na wygranie seta. Wystarczyło (25:20), ale daliśmy Volleyowi nadzieję. A to niedobrze.

Drugi set zaczął się tak jak poprzedni. Od remisu 2:2 stopniowo powiększaliśmy przewagę grając bardzo dobre zawody. Co ważne nie popełnialiśmy błędów, dobrym przyjęciem eliminowaliśmy zagrywkę „6” z Płocka a skupienie dziewcząt na grze było budujące. Wydawało się także , że absencja Oli nie będzie miała wpływu na przebieg gry, bo Monisia godnie ją zastąpiła. Jak dotąd też doskonale prezentowała się nasza libero – Asia Wrońska. Co więcej, nasza atakująca Kasia Salamonik zdaje się przełamała swoje słabości – doskonale zagrywa i nie wstrzymuje ręki w ataku. Brawo „Baba”! 12:4. Przewaga rośnie do 10 pkt! Choć zdarzają się chwile, w których Volley się podnosił odrabiając po kilka pkt straty, to jednak potrafiliśmy zawalczyć i za każdym razem odbudowywać przewagę. Atakiem ze środka seta kończy Monisia i wygrywamy 25:18.

III set. Znacie to (?) 2:2…a zaraz potem pierwsze w meczu prowadzenie Volleya. Radość naszych przeciwniczek kończy jednak Milena Paszyńska. Mnie jednak niepokoiło, że Volley w tym secie wyglądał jakoś inaczej- tak jakby zbudził się ze snu. Szybko niweluje naszą przewagę (7:4 po doskonałej kiwce „Baby” w 9 metr boiska) i doprowadza do remisu. Kontynuuje dobrą grę i teraz to nasz trener jest zmuszony szukać pozaboiskowych sposobów wybicia przeciwnika z uderzenia. Przy stanie 8:11 bierzemy czas. Nasze jednak stanęły: wpada nam głupia piłka i tracimy dystans. Kolejny czas. Na niewiele się to jednak zdaje, bo nadal popełniamy błędy – siadło przyjęcie i psujemy ataki. 11 pkt zdobywamy po bardzo długiej akcji. Zaraz potem Kasia Salamonik atakuje po prostej, Monisia dokłada coś zagrywką, Milena blokiem i dochodzimy Volleya na 1 pkt. Do LTS wróciło życie i pasja. Nieważne, że Volley znowu prowadzi – jakoś jestem spokojny. Po dwóch akcjach Madzi Dąbrowskiej, której najwyraźniej dobrze zrobiła mała przerwa w treningach, doprowadziliśmy do remisu. Obydwa zespoły walczą na całego. Piękna siatkówka, miło na to patrzeć! Volley walczy, jak o życie, czuje szansą na przedłużenie gry i …wykorzystuje ją, wygrywając seta dwoma pkt. Szkoda, ale tragedii nie ma.

W czwartym secie dobrze znany scenariusz się powtarza. Remis 2:2. Dotychczasowa zasada w tym meczu jest taka, że drużyna wygrywająca 5 pkt wygrywa całego seta. Nie miałbym nic przeciwko, bo ten punkt wygraliśmy my. Kolejne trzy zresztą także. Przy stanie 8:3 dla LTS, czas bierze trener Volleya. Jakoś chce przerwać serię punktowych zagrywek Mileny. Fortel się nie udaje – kolejny as i prowadzenie 13:6. Volley jednak pokazuje, to czym zachwycił mnie w poprzednim secie. To co przyniosło mu zwycięstwo – wolę walki. Goście z Płocka odrabiają 4 pkt. Bierzemy czas, ale tracimy kolejne dwa pkt. Volley nadal nie odpuszcza. Tego zespołu nie zraża nic i w końcu przynosi to wyrównanie stanu meczu 17:17. Zaczynamy więc niejako od początku. Ale czy dobrym początkiem jest zepsucie zagrywki? A psucie ataków? Tracimy 3 pkt, a do tego na zagrywkę wchodzi „6”. Volley odjeżdża na 5 pkt. To był ostatni moment, w którym można było zawalczyć. Po obronie jednej piłki setowej, Volley kończy nas bezlitośnie i przechodzimy do 5 seta. Jak widać wróżba remisu jednak zawiodła- ach, dziewczyny…

V set. Wygrywamy losowanie. Uwaga, ktoś zgadnie jaki wynik? A jakże- 2:2.Volley lepiej zagrywa i wychodzi na prowadzenie. My jednak także nie śpimy i po czasie doprowadzamy do remisu. Po jednej z kontrowersyjnych sytuacji sędziowie przyznają pkt dla Volleya. Ciągnie się to za nami i przegrywamy kolejne piłki. Strony zmieniamy więc przy wyniku 5:8.W najgorszym z możliwych momentów „6” z Płocka „siada” zagrywka. Szkoda, bo zaczęliśmy odrabiać straty. Walka rozgorzała na całego. Ale emocje! Trzeba tu niestety przyznać, że powszechne na sali napięcie w dużej mierze wywołali wcześniej wspomniani sędziwie, którzy od samego początku prowadzą ten mecz niepewnie, decyzje podejmują z opóźnieniem, sugerują rozbieżne rozwiązania. Wszystko to przenosi się na trybuny i na boisko. Zawodniczki zdają się tego nie wytrzymywać, bo psują kolejne piłki. Solidarnie. Taki rozwój wypadków odpowiada Volleyowi, który grając punkt za punkt wygrywa seta 11:15, a tym samym całe spotkanie.

Volley Płock wygrał po dobrym i zaciętym meczy. Gratulacje zwycięzcom. Gratulacje też zwyciężonym, bo nasze dziewczyny pokazały to, czego ostatnio im brakowało – zespołową grę. Sprawdziła się niestety stara siatkarska prawda mówiąca, że „kto nie wygrywa 3:0 przegrywa 2:3”. Jak się okazało, w starych przysłowiach tkwi wiele mądrości i trzeba o nich pamiętać.

Pan Sieczychowy

Młodziczki powyżej oczekiwań.

Całkiem niedawno naszym Młodziczkom pod wodzą Krzysztofa Kuny udało się wywalczyć awans do I Ligi.

Już samo to było osiągnięciem na wyrost, którego nikt z nas przed sezonem nie zakładał. Dziewczyny jednak pokazały, że stać je na to aby wygrywać już w pierwszym sezonie swojej przygody z 6-kami.

Jednak forma i styl jaki zaprezentowały na swoim pierwszym I ligowym turnieju w Siedlcach przerósł chyba oczekiwania nawet  największych LTSowskich optymistów.

W sobotę dziewczyny wygrały z Ostrołęką oraz przegrały z SMS Warszawa i zdecydowanie najmocniejszą drużyną z Lubowidza.

W niedzielę pokazały moc i wygrały zarówno ze świetnym Radomiem 2:0 oraz z gospodarzami z Sielec 2:0.

Wygrana z Siedlcami cieszy podwójnie. Po pierwsze dziewczyny grały pod presją, po drugie to czołówka Mazowsza. Przypomnijmy, że połowa naszych zawodniczek to rocznik 2000 i gra w młodziczkach pierwszy sezon.

Na szczególną uwagę zasługuje fakt, iż podczas tego turnieju trener postanowił wprowadzić pewne zmiany w składzie. Dotychczas grająca na przyjęciu Wiktoria Grzegorzewska została zaadoptowana na libero aby dać możliwość odpoczynku i złapania oddechu Paulinie Kosewskiej. Wiktoria poradziła sobie bardzo dobrze pomimo małego obeznania z ustawieniem. 

Świetny moment na pokazanie swojego talentu w pełnej krasie wybrała sobie Julia Ciejka. Jula ewidentnie się odblokowała i oglądanie jej (nareszcie!) potężnie bitych ataków kibice i koleżanki kwitują określeniem: miodzio!. Widać Julia lubi grać pod presją i silniejsi rywale są dla niej mobilizujący. Jula! Tak trzymaj, a z pewnością trener Lalek pewnego dnia zadzwoni z prośbą o wzmocnienie Kadetek 😉 – nie mam co do tego żadnych wątpliwości.

Podsumowując, Legionovia I zajęła w turnieju II miejsce!! Nikt się tego chyba nie spodziewał… No nie do końca. Nie tyle spodziewał co liczył na to Trener Kuna, który już przed pierwszym meczem dał dziewczynom do zrozumienia, że jeśli przyjechały do Siedlec z nastawieniem, że niczego nie muszą bo z tak silnymi drużynami nie mają szans – to się grubo mylą i on OCZEKUE od nich siatkówki na najwyższym poziomie i WALKI o każdą piłkę.

No cóż… WALCZYSZ NOVIA WALCZYSZ!!!

Z turnieju wróciliśmy jako wielcy wygrani. Przypięto nam miano czarnego konia turnieju i obyśmy zostali czarnym koniem całego sezonu 😉

 

A to nie koniec dobrych wieści. Nasza Legionovia III (2 zespół rocznika 2000) również robi postępy. Dziewczynki awansowały do 7 ligi robiąc ogromne postępy. Są to bardzo obiecujące dziewczęta, niektóre z nich trenują od stosunkowo krótkiego czasu. Cały rocznik 2000 robi się nam bardzo obiecujący…

 

SKSquad

Wieliszew Volley Cup – odsłona druga

 

Pewnie się będę powtarzał, ale nie mogłem się doczekać wygospodarowania wolnej chwili, w której będę mógł się poświęcić przyjemności pisania w temacie naszych siatkarek rocznika 2001. W niedzielny wieczór, tuż po zawodach nie wypadało, bo artykuł byłby nazbyt entuzjastyczny i pisany – rzec by można – w afekcie. Poza tym roztrzęsione całodziennym klaskaniem dłonie nie najlepiej współpracowały z huczącymi jeszcze w głowie przyśpiewkami i okrzykami dopingu.

Mowa oczywiście o drugim z cyklu trzech turniejów organizowanych przez zaprzyjaźnionych z LTS Legionovia włodarzy pobliskiego Wieliszewa – Wieliszew Volley Cup. Przypomnę tylko, że w turnieju uczestniczą 4 osobowe zespoły dziewcząt rocznika 2001. W porównaniu do poprzedniego etapu skład drużyn-uczestników turnieju troszkę się zmienił. Zabrakło wprawdzie Esperanto Warszawa, Volleya Płock i zespołu z Kobyłki, ale w to miejsce zaproszenie przyjęły zespoły SMS Warszawa i Mazovii Pomiechówek (obydwa zaprezentowały się dobrze w ostatnio rozgrywanym turnieju 4-ek w Nadarzynie) oraz Praskiej 30-ki. Poziom sportowy turnieju na tych zmianach nie ucierpiał nawet o krztę tym bardziej, że w turnieju nadal grały zespoły SP 220 Warszawa i Olimpii Węgrów.

Dla porządku i szacunku jakim darzę przychylne nam lokalne władze dodam tylko, że uroczystego otwarcia turnieju dokonał wójt Wieliszewa, pan Paweł Kownacki.

Zawody miały dwuetapowy charakter. W pierwszym etapie uczestnicy podzieleni na dwie grupy rywalizowali „każdy z każdym” i w zależności od zajętego miejsca awansowały do gier drugiego etapu, rozgrywanego już systemem pucharowym.

LTS, tak jak poprzednio wystawił do gier 3 zespoły, a co za tym idzie w pierwszym etapie nieunikniony był bratobójczy pojedynek. Trener LTS-u (a jednocześnie pomysłodawca i faktyczny organizator turnieju) konstruując składy naszych drużyn założył, że oprócz pierwszej czwórki, dla umożliwienia gry wszystkim trenującym dziewczynkom, rotacja zawodniczek następować będzie po każdej popsutej zagrywce własnej. Jak się okazało, założenie to w decydujący sposób przełożyło się na wyniki tych zespołów, ale o tym później.

Z przykrością informuję, że drużyny oznaczone umownie jako Legionovia II i III solidarnie zakończyły rozgrywki grupowe na piątych miejscach. Nie oznacza to bynajmniej, że grały źle. Absolutnie! W tym miejscu mógłbym się szeroko rozpisywać o indywidualnych postępach wielu zawodniczek, wymieniać nazwiska i wskazywać, kto co poprawił. Z racji tego, że opis mógłby się bardzo przeciągnąć i znudzić czytelnika, poniechałem tego zamiaru. Proszę więc uwierzyć na słowo – progres widać gołym okiem.

A co do gry, to Legionovia II w składzie Eliza Samsel, Lena Leszczyńska, Ola Misztal, Weronika Mituniewicz i Wiktoria Śladowska miała pecha trafić do mocniejszej grupy z SMS I, LTS I, Olimpią Węgrów, Mazovią i GLKS Nadarzyn II. Od razu wiadomo było, że wobec potencjału pierwszych trzech wymienionych drużyn, decydującym o awansie będzie mecz z sąsiadami znad Wkry. Wszystko się potwierdziło, bo zespół choć nieprawdopodobnie walczył to jednak uległ teoretycznie silniejszym rywalkom. Przystępując do gry z Pomiechówkiem perspektywa odpadnięcia z turnieju była więc bardzo prawdopodobna. Dziewczyny miały tego świadomość i naprawdę się przyłożyły. Mecz ostatecznie przegrały 21:18 ale gra była bardzo wyrównana i – jak widać- przegrana nieznaczna.

W tym właśnie miejscu chciałem chwilę poświęcić na omówienie systemu zmian, który stosowany z żelazną konsekwencją powodował sytuacje, w których najwartościowsze zawodniczki mogły jedynie obserwować przechylającą się szalę wynikową, bez możliwości pomocy koleżankom. Wielka szkoda, bo w kilku meczach różnica jaką mogła zrobić np. Eliza mogła być decydująca. Po jej zejściu np. odjechała nam Olimpia Węgrów oraz przewagę zdobył wspomniany Pomiechówek. Rozumiejąc jednak generalne założenie szkoleniowe „grają wszyscy” ocenić należy, że w tych warunkach dziewczyny zaprezentowały się znakomicie i w rozgrywkach o stawkę, przy ustalonych i wyselekcjonowanych składach wynik będzie znacznie lepszy. Trener doskonale wie co robi i jeśli mówi, że będzie dobrze znaczy, że tak się stanie.

III zespół LTS (w składzie: Iga Malikowska, Julia Szymańska, Klaudia Rokicka, Agnieszka Gromek, Marysia Macioch) rywalizował w grupie z wcześniej wspomnianą drużyną SP 220, a także „pierwszym składem” SMS Warszawa, Praskiej 30-ki, GLKS Nadarzyn oraz SMS II i III.. Umiejętności i szczęścia starczyło na wygranie meczu z SMS Warszawa III, ale tu także mieliśmy do czynienia z postępującymi umiejętnościami i walecznością. Nie sposób tu nie wspomnieć o Julce Szymańskiej, która jeśli tylko poskromi swój temperament, będzie niezwykle wartościową zawodniczką. Powoli jej się to udaje ale na tym polu ma jeszcze sporo do zrobienia. Żeby było jasne – wszystko to piszę z nieukrywaną sympatią do tej niezwykle energetycznej i doskonałej motorycznie zawodniczki.

To co najlepsze zostawiłem na koniec. Legionovia I…Ala Ratowska, Ola Nowak, Ola Kempfi i Madzia Piłatowicz. Dziewczyny w pierwszym turnieju (wtedy jeszcze bez Ali bo z Elizą Samsel w składzie) pokazały siatkówkę wysokich lotów.

Za to co teraz napiszę niektórzy mogą mieć do mnie pretensje, bo to niewychowawcze i przesadzone, ale jakoś gotów jestem na krytykę, bo warto. Biorąc powyższe pod uwagę, z pełną odpowiedzialnością za słowa, będąc także przy zdrowych zmysłach oświadczam, że to co dziewczyny zagrały w pierwszą sobotę grudnia 2013 roku w Wieliszewie to po prostu LOT W KOSMOS!!!

Zaczęło się niewinnie, bo choć w meczach grupowych dziewczyny pokazały ładną grę, to była ona spokojna i w pewnym stopniu przewidywalna (w zakresie rezultatu). W grupie wygrały wszystkie mecze: z GLKS Nadarzyn i Pomiechówkiem w identycznym stosunku 21:3, z SMS I Warszawa 21:10, LTS II pokonały do 16, a z Olimpią Węgrów wygrały 21:17. W meczach grupowych wszystko zagrało, ale co najważniejsze dziewczynki pokazały, ze nie tracą koncentracji w grach z teoretycznie słabszymi zespołami. Co więcej, o ich formę i zaangażowanie nie trzeba się też martwić w potyczkach z tymi najlepszymi. A nasz grupowy przeciwnik Olimpia Węgrów taki właśnie był. Naprawdę mocny.

Prawdziwy sprawdzian formy przyszedł jednak w fazie pucharowej. Jej specyfiką jest umiejętność wygrywania w stresie, bo przecież zasada jest, że „przegrywający odpada”! Na pierwszy ogień poszedł GLKS Nadarzyn I, który w swojej grupie zajął czwartą lokatę. O przebiegu meczu niech świadczy ostatnia akcja. Ala bierze piłkę i idzie na zagrywkę. Staje za boiskiem i patrzy na trenera, ten skinieniem głowy na coś jej pozwala, a wtedy ona potężną zagrywką zdobywa punkt. Zagrywką z wyskoku! O czym nam to mówi? Po pierwsze zagrywka była najefektywniejszym elementem naszej gry a Ala była pierwszoplanowym elementem tego elementu. Po drugie, świadczy to o wzajemnym zaufaniu i porozumieniu między naszymi zawodniczkami a ich trenerem. Jak dotąd żadna ze stron nie zawodzi. Pierwszy mecz wygraliśmy 21:6.

Kolejnym przeciwnikiem była nieznana nam wcześniej Praska 30 z dwoma niezwykle wysokimi zawodniczkami. Nasze dziewczyny wyszły na mecz z wymalowanymi na policzkach barwami LTS-u. Nie wróżyło to dobrze koleżankom z Warszawy. Przypuszczenia okazały się prawdą, bo odjechaliśmy im w straszliwym tempie. Nic nie pomagało: ani czas ani wewnętrzna motywacja. 8:0 dla LTS. Taki wynik nie jest jednak dobry, bo jak mawia przysłowie z wysokiego konia można efektownie spaść i się potłuc. Nasze dziewczyny siniaków nie miały, ale „konik wierzgał” i było blisko katastrofy. Przeciwniczki wyrównały. Wtedy właśnie na zagrywkę weszła Ola Nowak . Śląc kąśliwe i złośliwe piłki, jakże zbieżne z jej naturą (a wierzcie mi, wiem coś o tym ) doprowadziła do dezorganizacji gry Praskiej 30 co z kolei przyniosło prowadzenie 17:11. Akcją meczu było natomiast zablokowanie przez Madzię Piłatowicz jednej z wcześniej wspomnianych „praskich wież”. Urocze. W tym secie (a także w poprzednich meczach, bo choć o tym nie piszę , to jest to takie oczywiste….) Ola Kempfi popisywała się przepięknymi obiciami, a Ala skutecznie walczyła na siatce. Końcówka była spokojna i przyniosła wygraną 21:14. Ostatni punkt widownia nagrodziła owacją na stojąco.

Czas na finał, a w nim … nie, tym razem nie SP 220. Tam czekała na nas Olimpia Węgrów. Dziewczyny w półfinale wręcz zmiotły SP 220 21:7. Wynik zrobił wrażenie i zapowiadał nieprawdopodobną walkę. Po finale nikt nie był zawiedziony. Ani my, bo przecież wygraliśmy, ani Olimpia, bo pokazała wspaniałą grę, ani kibice bo mogli oglądać nieprawdopodobnie emocjonujący mecz z happy endem. Początek gry to nasze prowadzenie, które zaraz oddaliśmy (a właściwie wydarła je nam Olimpia) i zostaliśmy zmuszeni do pogoni. Stałą presją w ataku i nieustępliwością w obronie wymusiliśmy remis po 12. Po asie serwisowym Madzi wyszliśmy na prowadzenie 18:17, a mecz zakończył Nowaczek- a jakże – asem. 21/19! Brawo.

Nie da się opisać reakcji dziewczynek, trenera i kibiców. Nawet nie będę próbował bo to i tak byłoby nieudolne i nie do końca prawdziwe.

Sami się o tym musicie przekonać następnym razem. A niech zachętą będzie to, że jak dotąd, jeżdżąc po różnych turniejach nieczęsto udawało się widzieć zbicia na tym etapie szkolenia. U tych dziewczynek to norma! Warto więc z uwagą śledzić ich rozwój. Najlepiej na żywo.

Oj, rośnie nam doskonały rocznik!

 

A na koniec mała polemika. Na portalu www.minisiatka.pl umieszczono relację z turnieju. Bardzo to zacne i fajne, ale … jak mawia jeden z bohaterów „Gry o tron” to co ważne zawsze jest po „ale”. Kontynuując więc: ale, to co autor napisał o poziomie gry, było głęboko niesprawiedliwe. Mam wrażenie, że oglądaliśmy dwa różne turnieje. Albo też autor nie poświęcił wystarczająco dużo uwagi ocenie gry niektórych zespołów. Dlatego też uważam, że swoimi słowami Pan Dominik skrzywdził i SP220 i Olimpie Węgrów i nasz pierwszy zespół także. Jasne, że jest jeszcze wiele do poprawy, jasne, że wiele zespołów nie prezentuje wysokiego poziomu, ale zapewniam, że kibice uraczeni zostali wystarczającą, jak na ten poziom szkolenia liczbą imponujących ataków, okresów kombinacyjnej gry ofensywnej, a także dawka konsekwencji i taktyki. Zapewniamy też, że choć „zdecydowana większość akcji była chaotyczna i punkt zdobywała drużyna, która zachowała więcej zimnej krwi, koncentracji, albo dopisało jej szczęście” to zapytam, dlaczego nie napisał Pan o pozytywach gry i czego się Pan spodziewał. Orlen Ligi?

Z wyrazami szacunku.

Pan Sieczychowy.

Prezenty od Świętego Mikołaja?

PREZENTY OD ŚWIĘTEGO MIKOŁAJA ? NIE – TO CIĘŻKA PRACA NASZYCH DZIEWCZYN.

Grudzień dla najmłodszych zawodniczek rozpoczął siatkarsko – się od Turnieju Mikołajkowego w Międzyborowie.
Na piątkowym treningu pani Trener poinformowała nasze trzy dwójki o niedzielnym turnieju. Było to dość duże zaskoczenie dla dziewczyn, ponieważ szykowały się do III Turnieju o
Puchar Starosty Powiatu Warszawskiego Zachodniego 8 grudnia 2013r.
Na turniej pojechały te same zawodniczki, które były na poprzednim turnieju w Błoniu, tylko składy były lekko pozmieniane. LTS I – Iza Dąbrowska z Angeliką Słodek, LTS II – Julka Polak z Julką Sobalską i LTS III – Zosia Ciejka i Julka Dolecka a z nimi Konrad Ciejka w roli trenera i Małgorzata Dąbrowska jako opiekun i fotograf
.
W turnieju wzięły udział 22 drużyny z NOSiR Nowy Dwór Mazowiecki, Beta Błonie, Sparta Grodzisk Mazowieckie, Plas Warszawa, LTS Legionovia i Wrzos Międzyborów.
W eliminacjach były 4 grupy, dwie po 5 drużyn i 2 po 6 drużyn. Każda nasza drużyna była rozstawiona w innej grupie. Nasze dwójki świetnie przeszły przez eliminacje, LTS I wygrało wszystkie cztery swoje mecze, LTS II wygrały 3 mecze a czwarty, który mógłby być wygrany musiały oddać walkowerem, ponieważ kontuzja jednej z Julek uniemożliwiła dokończenie meczu, natomiast LTS III na 5 meczy wygrało 4.
I tu wspaniała informacja: wszystkie nasze dwójki awansowały do 1-8. Mniej fajna: trafiły do jednej grupy. Czwartym zespołem w tej grupie był NOSiR NDM. Po bardzo zaciętych meczach między sobą i drużyną z Nowego Dworu Mazowieckiego, LTS III zajęły 4 miejsce w grupie, LTS I – 2 miejsce w grupie i LTS II – I miejsce.
Następnym etapem turnieju były krzyże: LTS II trafiło na Beta Błonie II, LTS I na Beta Błonie I, LTS III na drużynę z Międzyborowa.
Po tym etapie turnieju Julka z Zosią rozegrały mecz o 7 miejsce z drużyną z Międzyborowa i zajęły 8 miejsce. Julka z Julką i Iza z Angeliką wygrały swoje mecze o wejście do finału i po raz drugi stanęły w tym turnieju na przeciwko siebie i rozegrały mecz finałowy, który wygrały Julki (LTS II), LTS I zajął II miejsce. Zdobyliśmy ZŁOTO i SREBRO.
Po tym meczu wybuchła ogromna radość zawodniczek. Dziewczyny dostały pochwały i gratulacje od trenera Konrada Ciejki za duży progres, jaki nastąpił w ciągu trzech tygodni od ostatniego turnieju.
Po uroczystym zakończeniu turnieju, rozdaniu słodkich Mikołaji, medali i pucharów, w świetnych humorach Legionovia wróciła do Legionowa.
W grudniu przed nimi jak i starszymi koleżankami w każdy weekend kolejne turnieje:
7.12.13 Turniej trójek w Warszawie
8.12.13 Turniej dwójek w Błoniu
15.12.13 Turniej trójek w Nadarzynie
21.13.13 ewentualnie turniej dwójek w NDM.
Gratulacje dziewczyny !!!!! Trzymamy kciuki za dalsze Wasze sukcesy

MD

 

MOS Wola Vol.2

Boiskowe spotkania z MOS Wola w tym sezonie układają nam się w serial. Serial z udziałem tych samych aktorów – z tym, że po stronie LTS Legionovia występują ciągle te same twarze, a MOS w każdej grupie wiekowej ma możliwość żonglowania obsadą. Choć jednak stołeczny klub ma tzw. długą ławkę, to jednak w ich składzie na mecz w lidze juniorek zobaczyliśmy dobrze nam znaną kadetkę – Kasię Jędrzejewską. To tak a-propos głównych bohaterów i granych przez nich ról. Myśmy do sobotniej potyczki ponownie przystąpili osłabieni brakiem „pełnoprawnych” juniorek. Naszym wzmocnieniem były natomiast motywacja, wola walki i kibice, którzy tym razem tłumnie zawitali na meczu.

Z takiego wstępu uważny czytelnik, znający ostatnie problemy naszej grupy mógłby wywnioskować obraz gry. No, ale gdyby to było takie łatwe, wtedy nie byłby potrzebny gość piszący artykuły. A do tego- głównie z uwagi na przyjemność, jaką sprawia mu pisanie, dopuścić przecież nie można, nieprawdaż? Poza tym nie zapominajmy, że mamy do czynienia z najmniej przewidywalną wersją siatkówki – żeńską siatkówką. Cóż więc się w sobotę, w naszej LTS-owskiej hali sportowej liceum im. Marii Konopnickiej się działo? 

Początek pierwszego seta można by określić mianem festiwalu błędów. Błędów z obu stron, bo ani jedna, ani druga drużyna nie mogła „zaskoczyć”. Na tym etapie gry na uwagę zasługiwała bardzo długa akcja z kilkoma efektownymi obronami, którą wygrał LTS, i która dała dziewczętom potężny zastrzyk wiary w zwycięstwo. Przyniosło nam to nawet prowadzenie 6:5. Niestety wtedy w polu zagrywki MOS pojawiła się wcześniej wspomniana Kasia i po jej serwach straciliśmy kilka oczek. Przy stanie 9:14 wzięliśmy czas, dla uspokojenia gry i zwrócenia dziewczynom uwagi na jeden zasadniczy element- własne błędy! Dziewczyny, choć przegrywały, to goniły, walczyły i grały z pełna motywacją. O to właśnie chodziło, i tego w ostatnich meczach brakowało! Milena Paszyńska pięknie skończyła atak ze środka, ktoś dołożył asa, ale nadal utrzymywała się 6 pkt. przewaga MOS. Ta jednak nagle zaczęła spadać- 5 pkt, 4…3…as Magdy Dąbrowskiej i nagle pozostały zaledwie 2 pkt straty! Czas dla MOS. Skuteczny – 18:21. Gramy punkt za punkt – to nie wystarczy, bo potrzebujemy serii! Ta jednak nie przychodzi i seta przegrywamy 22:25. Nie ma jednak co rozdzierać szat, bo to co najcenniejsze w tym secie to zaprezentowana ambicja. Powtórzę więc – laski, o to właśnie chodzi! Może nie wyjść, można przegrać ale dopóki się walczy, dopóty jest nadzieja. Tym bardziej, że w siatkówce zawsze najważniejsza jest kolejna akcja.

Niestety 2 set zaczynamy fatalnie, gdyż własnymi błędami oddajemy MOS-owi prowadzenie. Powtarza się koszmar z poprzedniego seta, w którym seriami psuliśmy zagrywki i wywalaliśmy ataki w aut. Dość powiedzieć, że z 9 pkt widniejących na tablicy wyników po stronie gości, aż osiem było wynikiem naszych skuch. Trener to doskonale widział i starał się interweniować- szybko wykorzystuje obydwa czasy i zwraca uwagę, że MOS nie gra kosmicznej siatkówki, to my sami tworzymy ich przewagę. Pierwsze skrzypce znowu gra tam Kasia Jędrzejewska, która razi nas zagrywką i jest zabójczo skuteczna w ataku. MOS cały czas trzymał bezpieczną przewagę. Nie pomogły nam ani znacznie lepsze niż w ostatnich meczach przyjęcie ani poszukiwania kombinacyjnych rozegrań. Ten ostatni element zawodził nas niestety nadspodziewanie często i efektownie gdy środkowe mijały się z intencjami rozgrywającej (i odwrotnie). Seta przegraliśmy 18:25, ale dziewczyny sobie i trenerowi wstydu nie przyniosły- no, może pomijając koszmarna liczbę niewymuszonych błędów. Ich festiwal nadal trwał!

Dla porządku muszę jednak wspomnieć o chlubnym wyjątku – o nieomylnej „Omi”. Ola Omelaniuk, bo o niej mowa w zasadzie nie psuła nic. To dzięki niej właśnie, na początku trzeciego seta wyszliśmy na kilkupunktowe prowadzenie. Jej silne podanie zupełnie rozbiło MOS. Ale to nie wszystko, bo Ola potrafi też przecież bronić. Po podbiciu jednego z ataków, Kasia Salamonik kończy atak, potem Ola ponownie dokłada kilka asów i gdyby nie przekroczenie linii końcowej, różnica punktowa pewnie by rosła, bo MOS w tym momencie był zupełnie rozbity. Szkoda, że się skończyła, bo 8:0 wyglądało tak pięknie! Wtedy też –na nasze nieszczęście- na naszej hali zapachniało Orlen Ligą. Wspominana już tu kilkakrotnie Kasia Jędrzejewska zagrała skos, jakiego nie powstydziłaby się żadna atakująca topowej klasy rozgrywkowej. Choć to rywalka, to jednak trzeba jej przyznać, że w siatkówkę gra doskonale. Brawo! A pamiętam dokładnie, kiedy zaczynała swoją przygodę z siatkówką- taka nieporadna i zagubiona. W każdym bądź razie swoją grą dała sygnał koleżankom do odrabiania strat, bo od tego momentu MOS pokazał pazury. Punkt po punkcie odrabiał straty i ostatecznie doprowadził do remisu 18:18. W międzyczasie zupełnie pogubiła nam się nasza atakująca, a na dodatek, tak dobrze spisująca się na przyjęciu Asia Wrońska nie odebrała kilku kluczowych piłek. To chyba ostatecznie przeważyło i przegraliśmy tego seta ugrywając zaledwie 19 oczek.

Jak więc mogliście przeczytać, na meczach LTS Legionovia kadetko-juniorek Wojtka Lalka dzieje się dużo. Warto o tym nie tylko czytać – warto to zobaczyć, a jestem przekonany, że już niedługo gra tych dziewcząt będzie się kojarzyć wyłącznie z pozytywnymi emocjami. Przesłanki ku temu są już coraz łatwiej zauważalne. W tym meczu, pomimo przegranej dostrzegłem to co w nich lubię najbardziej – wolę walki. Tego dziewczynom gratuluje i tego właśnie od nich oczekuję w następnych grach.

Kibiców zapraszam na najbliższe mecze. Spotkajmy się tam gdzie zawsze, w „Konopie”. Tym razem 7 grudnia o 14.30 w meczu z kadetkami Volley Płock oraz 8 grudnia w potyczce z reprezentantkami Nadarzyna (juniorki o 11.00 a kadetki o godz.14.40).

Zapraszam.

Pan Sieczychowy