MOS Wola – Part 1

Mecz z juniorkami MOS Wola z definicji i założenia miał być trudnym doświadczeniem. Pomijając bowiem imponującą historię tego klubu, forma zawodniczek MOS-u prezentowana w obecnym sezonie musi budzić respekt i szacunek. Jak dotąd,  juniorki MOS Wola przegrały tylko ze Spartą Warszawa. A my? Cóż, dla nas miał to być mecz walki. Mecz, w którym nasze dziewczyny miały sobie udowodnić, że potrafią wygrać z własnymi słabościami. Są bowiem chyba w takim momencie – o czym pisałem już wcześniej- w którym na drodze do zwycięstw sportowych zawodniczki napotkały takiego właśnie rodzaju przeszkodę.

A jeśli już mowa o trudnościach, to ciekawostką może być, że do meczu przystąpiliśmy…bez żadnej juniorki w składzie. Nasze Anie – Wądołowska i Łukasiewicz z różnych względów nie mogły grać, a nasz dotychczasowy rodzynek- Krysia Pietraszkiewicz, na wtorkowym treningu przegrała potyczkę ze ścianą i musi pauzować jeszcze przez dwa tygodnie. Bardzo nam jej w składzie brakuje, gdyż jest niezwykle istotnym elementem drużyny o czym mogliśmy się przekonać w potyczce z MOS Wola.

Pierwszy set doskonale zaczął MOS, odskakując nam na 4 pkt przy wyniku 8:4. Przewagę w zasadzie jednak zrobiliśmy MOS-owi my sami, oddając łatwe punkty w przyjęciu i zagrywce. Po czasie wziętym przez naszego trenera dziewczyny wydawały się spokojniejsze, co natychmiast przełożyło się na grę. Poprawa wielu jej elementów pozwalała stopniowo poprawiać wynik, tak że w końcówce seta zrobiło się gorąco (20:18). Byłoby pewnie dobrze, gdyby nie kilka niepotrzebnych błędów, które dały MOS-owi komfort spokojnego dogrania seta z 4 punktową przewagą.

Jak obiecałem jednemu z wiernych kibiców (a było nas tam… niewielu) na grę i wynik drugiego seta spuszczę zasłonę milczenia. Wspomnę tylko, że po początkowo wyrównanej grze nasz zespół został złamany w przyjęciu. Tak więc mamy tu teraz obiecaną ciszę…. Fakt jednak był taki, ze przegraliśmy obydwa sety i nie mieliśmy innego wyjścia jak coś zmienić i podjąć walkę.

Do trzeciego seta przystąpiliśmy w skorygowanym składzie- na boisku w ataku pojawiła się Patrycja Jóźwiak. Czy to wystarczy? Po masakrze jaką zafundował na m MOS w poprzednim secie pozostawało mieć nadzieję, ze tak. Pierwsze dwie piłki jednak przegraliśmy. Zaraz jednak nasza gra zaskoczyła i wyszliśmy na prowadzenie 5:6! Wtedy jednak rozgrywająca MOS-u dała sygnał do lepszej gry wykonując efektowną kiwkę (chyba już czwartą w meczu!). Skutecznie, bo MOS zaczął wygrywać. W najgorszym momencie przewaga wynosiła aż 6 oczek. Od tego momentu zaczynamy jednak lepiej grać na zagrywce, w bloku i w obronie. Po udanych obiciach bloku Magdy Dąbrowskiej i Oli Krzywańskiej traciliśmy już tylko punkt. Przy stanie 22:22 przegrywamy długą akcję, w której obydwa zespoły popisują się doskonałymi obronami. Wtedy jednak nareszcie udaje nam się zablokować kolejną kiwkę rozgrywającej MOS-u, a po skończonym przez Pati ataku mamy piłkę setową! MOS broni się, ale to co zyskuje na środku zaraz oddaje w zagrywce. Jeśli skończyć taki set to pięknie! Tak się stało, bo atak Mileny Paszyńskiej był naprawdę efektowny. Wygrywamy 24:26. Brawo!

O ja nieszczęsny! Żywiąc się nadzieją na stałą poprawę gry zapomniałem, że to siatkówka- w dodatku – żeńska siatkówka! Jej nieprzewidywalność dała o sobie znać w następnym secie. Od razu bowiem po błędach w przyjęciu straciliśmy 3 pkt. Po dobrym nastroju po wygranej poprzedniego seta nie było już niestety śladu. Pomogła nam jednak nasza najsilniejsza broń – zagrywka. Pozwala nam się pozbierać a po asie Mileny wychodzimy na prowadzenie (8:9). MOS wydawał się pogubiony. 2 pkt przewagi LTS!

Tak jednak jak nagle słabość naszych przeciwniczek się pojawiła, tak nagle znikła. MOS odbudował grę i punkt po punkcie powoli odrabiał straty, wyrównał, wyszedł na prowadzenie,  a potem powiększał przewagę. I tak w zasadzie do końca meczu, bo nie pomogły interwencje trenera i brane przez niego czasy. Skończyło się 5 punktami straty i przegraną w 3:1.

Szkoda, bo można było pograć znacznie lepiej. Dziewczyny jednak nie prezentowały się tak jak w ostatnio przegranych meczach. Robiły błędy ale widać było większą wolę walki. To i tak postęp. Cieszy także dobra postawa zmienniczek. Tak trzymać.

Dziewczyny mają szansę na dalszą odbudowę morale bo już jutro tj. 30 listopada o godz. 10.30 w hali sportowej liceum im. M. Konopnickiej gościmy juniorki MOS Wola. Będzie więc okazja do rewanżu.

Przekonajmy się więc o tym wspólnie. W imieniu swoim, trenera i zawodniczek zapraszam do kibicowania.

Pan Sieczychowy

Rach ciach ciach

Jako że rozpoczyna się właśnie sezon zimowy, i kibice będą mogli podziwiać śnieżne dyscypliny, w tym mój ulubiony biatlon, dla opisu ostatnich dokonań naszych „Młodych Lalek” posłużę się (jakże w tym przypadku trafnym) komentarzem znanego duetu – Tomasza Jarońskiego i Krzysztofa Wyrzykowskiego. Oni zwykli wykrzykiwać go w przypadkach bezbłędnych i szybkich strzelań naszych biatlonistów. Fajnie tego słuchać i fajnie się to kojarzy, a że nasze dziewczyny też ostatnio kończyły szybko i bezbłędnie, to jakoś tak mnie naszło na takie skojarzenie…

Nasze dziewczyny , po dwóch dotkliwych porażkach w lidze kadetek z MOS Wola i niespodziewanym z Ateną Warszawa (w lidze juniorek), jak tlenu potrzebowały zwycięstw. Okazje po temu nadarzyły się doskonałe, bo 22 i 23 listopada rozegraliśmy wyjazdowe spotkania z juniorkami Esperanto Warszawa i kadetkami Olimpu Tłuszcz.

Jako sprawozdawca mam kłopot bo obydwa mecze można i trzeba by opisać owym biatlonowym bon motem. Obydwa mecze, a w nich poszczególne sety były bowiem do siebie bardzo podobne. Dziewczyny grały swobodnie, na coraz wyraźniej widocznym luzie pozwalającym prezentować w całej krasie ich siatkarskie przymioty. Szczególna uwagę zwraca nasza zagrywka agresywna, zadaniowa i zmienna – w zależności od wskazań trenera. Na przestrzeni gry zmieniały się tylko nazwiska dziewcząt, które trzeba by za ten element chwalić. Bardzo dobrze prezentuje się też nasza rozgrywająca, a wyniki jej współpracy z naszymi środkowymi momentami odbierają mowę i pozostawiają człowieka z rozdziawioną z zachwytu „gebą”. W każdym secie zdecydowanie przeważaliśmy, nie pozwalając ugrać przeciwniczkom więcej niż 16 punktów.

Generalnie – trzon zespołu prezentował się dobrze, choć dziewczyny muszą jeszcze poprawić koncentrację w sytuacjach uzyskania wysokiej przewagi punktowej. Zdarza im się bowiem seriami tracić punkty, niepotrzebnie pozwalając przeciwniczkom na łapanie kontaktu.

Wykorzystując okazję, trener często dawał szansę gry zawodniczkom rezerwowym. Przyznać trzeba, że z powierzonych im ról wywiązywały się należycie. Wiadomo, że brakuje im tzw. ogrania. Określenie to wydawać się może niewiele znaczącym sloganem, ale w praktyce jest to niezwykle ważny element. Cała drużyna pracuje równie ciężko na treningach, żadna nie ma taryfy ulgowej, ale jak to w sporcie bywa tylko niektóre mają szanse (i zaszczyt) grać regularnie. Dziewczyny „z kwadratu” wchodząc więc na boisko stają przed wyzwaniem- muszą natychmiast pokonać stres, wczuć się w zespół i błyskawicznie wejść na najwyższy poziom umiejętności. Od zmienniczki często wymaga się więc w krótkim czasie więcej niż od zawodniczki składu podstawowego. Nie jest to łatwe, co niestety zdarza się zobaczyć, gdy prezentowane na treningach zagrania nagle tracą na sile i precyzji. Częściej bywa jednak tak, że zmienniczki z powierzonych im zadań wywiązują się doskonale. W tym miejscu chciałbym wymienić jedno nazwisko – Monika Oleszczuk. Owa niezwykle pogodna i wiecznie uśmiechnięta zawodniczka w ostatnim czasie zrobiła wręcz skokowy postęp! Jako środkowa prezentuje coraz lepsze zrozumienie z rozgrywającymi, a jej skoczność i wyczucie bloku są już – no może nie legendarne, ale dobrze znane. W alarmowych sytuacjach stanowi doskonałe uzupełnienie zespołu. Tak trzymać!

W najbliższej przyszłości nasze rezerwowe raczej jednak nie pograją tyle co w ostatnich meczach, bo zespół czekają bardzo trudne spotkania: 27 listopada gramy „na wyjeździe” z niezwykle silnym MOS Wola (juniorki). W grudniu natomiast (7 i 8) będziemy mieli prawdziwy festiwal siatkówki w Legionowie. W tych dniach bowiem będziemy gościć zespoły z Płocka i Nadarzyna. Trzy mecze w dwa dni! Zapraszamy do kibicowania „live”.

 

Pan Sieczychowy

Nasze małe znowu pograły

Ach, z jaką niecierpliwością zawsze zasiadam do relacjonowania zmagań naszych dziewczynek z grupy trenera Miętka!

Czyniąc za dość owej radości, mam przyjemność poinformować internautów, że w ostatnią niedzielę nasze 4-osobowe zespoły wzięły udział w ogólnopolskim turnieju w Nadarzynie. Grania było na cały dzień. Początkowo w grupach, a potem systemem pucharowym. Taki sposób rozegrania turnieju zawsze stanowi loterię wynikową, bez względu na dyscyplinę i poziom rozgrywek. Jak to więc często bywa, tak i teraz niektóre zdawałoby się silne drużyny szybko odpadały, a inne –cóż- miały szanse zajść bardzo wysoko.

Grać nam przyszło w doborowym towarzystwie, bo wśród blisko 30 zespołów były „rodzynki” ze ścisłej czołówki ubiegłorocznych mistrzostw Polski zespołów 3-osobowych: ŁKS Łódź (wicemistrz) i Dargfil Tomaszów Mazowiecki (IV lokata).

Niestety jedna z naszych czwóreczek rozgrywki zakończyła już na etapie gier grupowych. Dwie pozostałe awansowały do następnego etapu, ale jak to w sporcie bywa jedna z nich po zaciętym boju z Tłuszczem Olimp (notabene po skandalicznych decyzjach sędziowskich) odpadła z turnieju przegrywając 25: 23. Ostatecznie czwóreczka ta zajęła w turnieju VIII miejsce. Warto tu odnotować, że choć pierwotnie zespół ten oznaczony był jako Legionovia III, to jednak wzmocniony Elizą Samsel zaprezentował solidną siatkówkę. Dziewczynka zrobiła różnicę (!) choć ewidentne jest także to, że wiele dziewczynek wyrównuje poziom. Wyrównuje w górę!

A co się tyczy naszego pierwszego składu, to warte odnotowania jest, że trener dokonał roszady, w miejsce wcześniej wspomnianej Elizy wstawiając Alę Ratowską. Jej przymioty, a w szczególności solidna zagrywka i przydatny w bloku wzrost i zaprezentowany wysoki poziom wystawy, w połączeniu z opisywanymi już wcześniej talentami Oli Nowak, Madzi Piłatowicz i Oli Kempfi dały obiecujący rezultat. Pokazało też trenerowi, że w dramatycznych chwilach, ma do dyspozycji pełnowartościowe zawodniczki, a ogrywanie kolejnych dziewczynek na wyższym poziomie, jest możliwe i nie musi się wiązać z obniżeniem wyników. Rotacja składem wprowadza też do zespołu element rywalizacji, która przy mądrym prowadzeniu zespołu z pewnością przyniesie masę profitów.

Wracając jednak do wyników. Nasz zespół miał pecha trafiając w grupie min. na cudownie poukładany zespół z Tomaszowa Mazowieckiego. W pierwszym meczu tradycyjnie już nie wypadliśmy najlepiej i psując masę zagrywek – niestety przegraliśmy. Nie miało to jednak większego znaczenia dla uzyskania awansu do dalszych gier, gdyż w następnych meczach gładko wygrywaliśmy. W fazie pucharowej naszym pierwszym przeciwnikiem był UKS Dębina Nieporęt. Od początku kontrolowaliśmy przebieg gry i zakończyliśmy ją wygraną. Dla Dębinki było to niestety pożegnanie z turniejem, bo choć niewątpliwie jest to zespół prezentujący wysoki (i ciągle rosnący) poziom gry to jednak przegrana z LTS eliminowała go z gier o najwyższe lokaty.

Naszym następnym przeciwnikiem, w walce o awans do najlepszej trójki zawodów był…a jakże – Dargfil Tomaszów Maz! Nieszczęśliwie skonstruowana drabinka meczowa splotła nasze losy kolejny raz. Wspomniałem już, że to zespół ze ścisłej krajowej czołówki, o dobrych warunkach fizycznych i prezentujący niezwykły jak na ten etap siatkarskiej edukacji, poziom wtajemniczenia taktycznego i zaawansowania technicznego. Nasze dziewczyny niesione ambicją i dopingiem rodziców podjęły jednak walkę. Nie można się było przecież spodziewać niczego innego. Można bowiem powiedzieć, że wola walki jest ich cechą rozpoznawczą! W tym meczu nie sprawdziła się niestety maksyma trenera Olka, że z „LTS na jednym turnieju nie wygrywa się dwa razy”. Dargfil dał radę. Pogromu jednak nie było – 21:25, z czego różnica punktowa powstała w ostatnich kilku piłkach. Szkoda, ale nic straconego, bo my jesteśmy ciągle na fali wznoszącej.

W drodze o czwarte miejsce zagraliśmy jeszcze dwa mecze: z UKS SMS Warszawa („stara” Sparta Warszawa) i Olimp Tłuszcz. Obydwa mecze wygraliśmy, zajmując ostatecznie IV miejsce. Smaczkiem była rywalizacja z SMS, z którym ostatnio gładko przegraliśmy w rozgrywkach IV ligi młodziczek. Pierwszy etap rewanżu się powiódł. Czekam na następny, tym razem w rozgrywkach zespołów 6 osobowych. Oby był dla nich równie dotkliwy.

Turniej wygrał Dargfil w bezpośrednim pojedynku pokonując ŁKS Łódź. Trzecie miejsce zajął…zespół z Pomiechówka. Serdecznie gratulujemy sąsiadom zza miedzy największego jak dotąd sukcesu i zapraszamy do wspólnych gier. Może jakiś meczyk?? Może udział w II edycji Wieliszew Cup?

Reasumując: turniej po raz kolejny pokazał, że nasze dziewczęta tworzą solidną, mądrze prowadzoną grupę, na stałe wpisaną w mapę „mazowieckich potęg minisiatkówki”. A co!

 

Pan Sieczychowy

 

 

 

Falowanie i spadanie

Jadąc na mecz w lidze juniorek z Ateną Warszawa miałem nadzieję, że będzie swego rodzaju terapią po pogromie zgotowanym nam przez kadetki MOS Wola. Z całym bowiem szacunkiem dla przeciwniczek, to biorąc pod uwagę historię dotychczasowych spotkań, można było mieć nadzieję, że po walce, ale jednak wygramy.

Na rozgrzewce i prezentacji było dobrze. Dziewczyny były rozluźnione i uśmiechnięte, nawet kibiców LTS-u było więcej… Dobrego humoru nie starczyło jednak na długo, bo już od początku seta swoje warunki zaczęły narzucać zawodniczki Ateny. Silną zagrywką odrzucały nasze przyjmujące od siatki przez co uniemożliwiały nam precyzyjne rozegranie i atak, a same wyprowadzały zabójcze kontry swobodnie omijające nasz blok. Motywacji w tym secie starczyło do jego umownej połowy, kiedy to przy stanie 13:15 dla Ateny, wzięliśmy czas, po którym jednak przeciwniczki „odjechały” w iście olimpijskim stylu. 16:25 i przegrywamy 0-1.

W drugim secie role się odwróciły bo to my wyszliśmy na prowadzenie, bo to Atena udanie goniła… by ostatecznie pogoń zakończyć w połowie seta. Wynik symetryczny – 25:16 i wyrównanie stan meczu. W tym secie zaczął nareszcie funkcjonować blok i wydawało się, że trener Wojciech Lalek o końcowy wynik może być spokojny.

Początek trzeciej partii był wyrównany do stanu 4:4. Atena zaraz jednak wyszła na 3 pkt prowadzenie, które sukcesywnie powiększała. Nasze dziewczyny wyglądały na kompletnie zagubione. Trener dokonał zmiany i na boisko weszła – niezwykle zadziorna na treningach Marysia Krośkiewicz. Nadal jednak seriami popełnialiśmy niewymuszone błędy, nadal nie potrafiliśmy postawić skutecznego bloku i prawidłowo ocenić lotu piłki. Jak w pierwszym secie, tak i teraz Atena błyskawicznie odjechała i zrobiło się 8:19. Przy tak beznadziejnym wyniku trener posadził na ławce trzon zespołu. Oceniam, że chodziło o to by dać im sposobność spojrzenia na grę z jego perspektywy. A nie wyglądało to dobrze. Kibice wspierający dziewczyny na meczach mogą to sobie wyobrazić, bo już to widzieli w ostatnich meczach z MOS-em i juniorkami Volleya Płock. A Atena spokojnie wykorzystała nasza słabość i wygrała seta z 10 pkt. przewagą.

Czwarty set zasługuje na większa uwagę bo to co mogłem zobaczyć utwierdziło mnie w przekonaniu, że nic mi nie wiadomo o żeńskiej siatkówce. Mam też wątpliwości, czy ktoś taki w ogóle istnieje. Ale po kolei. Do decydującego seta LTS przystępował przebudowany (Milena Paszyńska przesunięta została na prawe skrzydło, na środku grały Monisia Oleszczuk i Ola Omelaniuk) i najwyraźniej z silnym postanowieniem „wstania z kolan”. Dziewczyny owo postanowienie urzeczywistniły, bo nagle na tablicy wyników widniało przepiękne 6:0 dla LTS! Prorocze okazały się jednak słowa jednego z kibiców, bo nagle z tejże tablicy krzyczało 7:7… a potem 8:9…8:11… i tak dalej, aż do 10 pkt. straty. Nasze dziewczyny znowu stanęły. W tym jednak momencie, przy dobrej (lub po prostu nie zepsutej) zagrywce Oli Krzywańskiej w meczu nastąpił gwałtowny zwrot. Odrobiliśmy połowę strat. Przy stanie 19:22 mieliśmy nawet piłkę w górze, ale niestety piłka po ataku spadła poza boiskiem. Graliśmy jednak dobrze i pewnie gdyby nie stracona w katastrofalny sposób kolejna piłka, udałoby się tego seta wygrać. Jak powszechnie jednak wiadomo, o cuda poza Częstochową bardzo trudno i ostatecznie przegraliśmy 21:25.

Co powiedzieć? Jakie wnioski z tego wyciągnąć?

Prawda, że była to liga juniorek i przyszło nam się mierzyć ze starszymi dziewczynami. Nie jest to jednak żadne wytłumaczenie, bo np. ze zdecydowanie silniejszą Spartą potrafiliśmy walczyć.

Prawda, że nasz zespół ma zagwarantowany start w turnieju finałowym o mistrzostwo Mazowsza i to może być w jakimś stopniu demotywujące. To też nie powinno mieć jednak żadnego znaczenia, bo dziewczyny powinny każdy mecz traktować jak wyzwanie i walczyć tak, by Ola Rasińska i Justyna Antosiewicz po dołączeniu do drużyny stanowiły „wisienki na torcie” pięknie i skutecznie wygrywającego LTS-u, a nie jego ratunek.

Prawdą też jest, że dziewczyny z Ateny przewyższały nas wzrostem i siłą, ale nie umiejętnościami. O tych z resztą wiadomo, że są bo na treningach dziewczyny potrafią zadziwić … tyle że bywają mecze, w których nasze „Laleczki” doskonale potrafią owe przymioty ukryć. Nie mogę się pogodzić z faktem, że w potyczkach z silnymi zespołami dobra gra tylko „zdarza się”. Boli mnie, że praca jaką dziewczyny wkładają w treningi nie ma stałego odzwierciedlenia na boisku. Przecież one potrafią grać siatkówkę niezwykłej wręcz urody i skuteczności!

Ewidentnie widać, że dziewczyny przechodzą kryzys. Mentalny, nie fizyczny. Jestem przekonany, że trener, rodzice i – co jest w tej układance najważniejsze- dziewczyny, znajdą sposób na przezwyciężenie obecnych trudności.

W mojej ocenie droga jaka dziewczyny dotychczas przeszły, jak górnik z załączonego obrazka, pozwala przypuszczać, że nagroda jest już bardzo blisko. Czy można się w takiej chwili poddać? Czy, żal po tym, że się teraz nie chce albo czegoś nie można, po jakim czasie nie będzie nie do zniesienia. Czy można odpuścić?! Jako osoba, która przebiegła kilka maratonów wiem, że przekroczenie linii mety po tym, jak biegacz ma już tylko mroczki w oczach a nogi krzyczą: „Stań! Odpocznij!” jest bezcenną i niezapomnianą nagrodą. Dziewczyny, jesteście w takim właśnie momencie, kiedy gdzieś, z tyłu głowy słychać szept „a może odpuścić?”. Nie ma mistrza, który z tym by się zgodził. Mistrzami zostają ci, którzy wtedy właśnie biorą się do roboty.

Trzeba się więc „poukładać”, wyciszyć, zaakceptować i zrozumieć słabości, a wynik przyjdzie.

Z takim to oto przekonaniem kończę relację i obiecuję nadal wspierać LTS.

AN

Święta wojna.

W historii każdego klubu sportowego, niezależnie od dyscypliny, można znaleźć wątki wielkiej rywalizacji. Czasami jest to z pozoru nic nie znacząca walka o awans z najniższej klasy rozgrywkowej bądź o wygranie choćby jednej, jedynej potyczki. Zdarza się jednak  czasami, że rywalizacja przenosi się na najwyższy poziom, poziom na którym walczy się o  medale i mistrzostwo. Od kiedy tylko zaangażowałem się w działalność LTS-u, rywalizacja taka dotknęła i mnie. Od początku porwała emocje, zawładnęła sercem i gardłem.

MOS Wola Warszawa. Tak, to ten właśnie klub stawał na drodze LTS. Można powiedzieć, że w ostatnich latach rywalizacji o prymat na Mazowszu w kategoriach młodziczek, kadetek i juniorek ton nadają właśnie LTS Legionovia i MOS Wola.

W tym sezonie miało już miejsce jedno spotkanie tych drużyn, w którym nasze kadetki minimalnie uległy w stosunku 2:3. Nasze dziewczyny wyraźnie niezadowolone z tego wyniku obiecały wziąć rewanż. Zdawały sobie bowiem sprawę, że był on wynikiem nie tyle braku umiejętności, co raczej słabości mentalnej i tkwiących w głowach „demonów” odbierających moc i umiejętności.

Wczoraj tj. 14 listopada  miałem się okazje przekonać co z tego wyszło.

Mecz zaczął się bardzo nerwowo. Zdobyta na początku seta przewaga MOS-u utrzymywała się aż czasu wziętego przez trenera Wojciecha Lalka, który z pewnością zwracał naszym zawodniczkom uwagę na konieczność poprawy jakości przyjęcia i zagrywki W tych elementach zawodziliśmy najbardziej. O ile błędy w zagrywce można tłumaczyć jej zadaniowością, o tyle ciężko było pojąć drastyczne obniżenie poziomu przyjęcia. W połowie seta dziewczyny uspokoiły jednak grę na tyle by doprowadzić do remisu 12:12. Niestety MOS błyskawicznie odzyskał prowadzenie, następnie stopniowo je podwyższał, by ostatecznie wygrać 25:17. Co w tym secie było fajne to zauważalne poszukiwanie rozgrywania przyuczanych na treningach kombinacji.

Nowy set to jednak nowa historia. Wszyscy licznie zebrani kibice z pewnością wierzyli, że LTS napisze ją w znacznie korzystniejszy dla siebie sposób.  Relacjonujący przebieg meczu miał też nadzieję, że tak napisana historia da się ująć w prostych „OH- ach i AH-ach !”.

Obydwa zespoły prezentowały się znakomicie: świetnie broniły i wyprowadzały ładne ataki, ale w tej partii to LTS bardziej bronił i bardziej atakował. Zaczęliśmy więc doskonale. 6:1. Do połowy tego seta o grze MOS-u- oprócz pięknych ataków skądinąd doskonale nam znanej Oli Hamady- nie można było powiedzieć nic dobrego. MOS źle przyjmował, fatalnie zagrywał i popełniał masę błędów. Z kolei gra naszej drużyny była emanacją waleczności, nieustępliwości i dyscypliny taktycznej. Graliśmy naprawdę dobrze – 14:7!  Spełniło się więc moje marzenie. OH! AH! 25:13!

Bardzo chciałbym, by relacje z trzeciego seta zakończyć tak samo. Nie dało się jednak, bo od samego początku na prowadzenie wyszedł MOS. Przy stanie 1:4 nie było jeszcze obaw. Po stracie kolejnych 4 piłek miałem nadzieję, że każda seria kiedyś się kończy. Po przegranych  kolejnych piłkach nie miałem jednak wątpliwości, że tak rozpędzonego  MOS-u w tym secie nie da się zatrzymać. Niestety obawy się potwierdziły i seta przegraliśmy 11:25. MOS udzielił nam lekcji siatkówki. Nie mieliśmy w tym secie żadnych argumentów, a elementem decydującym o naszej przegranej znowu było przyjęcie. Katastrofalne przyjęcie! Na palcach jednej ręki można by policzyć piłki dograne do rozgrywającej w sposób umożliwiający jej kombinacyjne i dokładne granie.

Pomimo tego, chyba jednak w wyniku rozluźnienia przeciwniczek, w końcówce seta udało nam się zdobyć kilka punktów. W tym upatrywaliśmy nadziei na poprawę gry, bo jak to często bywa sytuacja tak działa mobilizująco na przegrywającego i  potrafi odwrócić losy meczu.

4 partię dobrze zaczął jednak MOS, wychodząc na czteropunktowe prowadzenie. Wśród zebranych licznie kibiców już chyba tylko niepoprawni optymiści mogli mieć nadzieje na ostateczny sukces. Jeśli bowiem z zagrywki schodzi ich najlepiej zagrywająca zawodniczka (Kasia Jędrzejczyk) a my zaraz potem psujemy własne podanie i nie przyjmujemy serii łatwych zagrywek, to czegóż można się było spodziewać? Nasz zespół zupełnie stanął. Z kolei MOS bronił, atakował i zagrywał na należytym dla rangi tego spotkania poziomie. To był chyba najgorszy set jaki kiedykolwiek w życiu widziałem! Pogrom i masakra! O wyniku nawet nie chcę pamiętać! Miałem też niestety poczucie dejavu, nie dość że z poprzedniego seta, to jeszcze z meczu z juniorkami Volleya Płock. Było pięknie, a skończyło się …zawstydzająco.

Szkoda, że zmarnowaliśmy okazję do rewanżu. Szkoda, że dziewczyny nie pokazały nawet ułamka tego co potrafią. Szkoda, że fatalnym przyjęciem nie daliśmy sobie szansy na wygranie rundy zasadniczej i zorganizowanie turnieju finałowego. Szkoda mi wreszcie naszego trenera. Dziewczyny powinny dobrze zapamiętać jego smutek i widoczny na twarzy zawód! 

Trzeba być jednak uczciwym i oddać MOS-owi, że był lepszy. Zdecydowanie lepszy.

W następnej odsłonie naszej małej „świętej wojny” pozostało nam więc walczyć o honor i zmazanie wstydu jaki w sercu pozostawił ten mecz.

I tyle.

AN

Można? Można!

Dlaczego sport nie może być prostszy?  Dlaczego drużyna lepsza nie wygrywa, a jeśli już wygrywa, to w międzyczasie funduje sobie i innym zgryzoty, nerwy i niepewność? Dlaczego wreszcie te pytania po dziesiąkroć można zadawać w odniesieniu do siatkówki?

Nasze kadetki uosabiają te wątpliwości w stopniu wręcz doskonałym. Od jakieś czasu przyzwyczaiły nas do niepewności. Zdarzają się im mecze doskonałe. Zdarzają się też chwile kompletnej słabości. Niedzielny mecz ze Spartą Warszawa (w ich pięknym obiekcie przy ul. Lindego) choć pełen emocji i wahań nastrojów, nie był jednak – na szczęście – emanacją ich skrajności.  

Zaczęliśmy źle, bo od stanu 0:2, ale już zaraz nasze dziewczyny wskoczyły na właściwy (wysoki) poziom i nie dość, że odrobiły straty i wyszły  na prowadzenie (7:2) to dobrą passę kontynuowały do samego końca, utrzymując bezpieczna przewagę. Set przebiegał tak troszkę bez historii….gdyby nie dwa przepiękne bloki Mileny Paszyńskiej i kilka asów serwisowych Natalii Nowak. Seta pięknym atakiem skończyła Magda Dąbrowska i do następnej partii przystępowaliśmy mając w pamięci poukładaną grę i wynik 25:15.

Niewiele z tego optymizmu jednak zostało, bo od początku drugiego seta Sparta narzuciła nam swoje warunki, co przełożyło się na wynik 1:4. Przy stanie 6:8 wygraliśmy najdłuższą wymianę meczu. Niewprawne oko kibica oceniło ją na jakieś 14 minut! To oczywiście żart, ale była to akcja niebywałej urody, dodatkowo dająca nadzieję na odwrócenie negatywnych symptomów w grze LTS-u. Nadzieje spełzły jednak na niczym, bo Sparta widząc naszą niemoc doskonale to wykorzystywała, by ostatecznie zrewanżować się nam w identycznym stosunku punktowym i skończyć seta 10 punktową wygraną. W tej partii sami odbieraliśmy sobie argumenty, bo oprócz tego, że zupełnie siadł atak i przyjęcie, to dziewczyny notorycznie psuły zagrywkę. Wtedy nie wyglądało to dobrze.

Każdy set to jednak nowa szansa…którą zdawało się ponownie chwyciła Sparta, od samego początku kontynuując dobra passę z poprzedniej partii. Od wyniku 1:4 LTS zaczął jednak stopniowo uporządkowywać grę. Do połowy seta graliśmy na kontakcie (9:9). Na pierwsze prowadzenie wyszliśmy przy stanie 13:12 stopniowo je powiększając, aż do 5 punktów przy wyniku 20:15. Wtedy jednak straciliśmy 6 kolejnych piłek (!),  co przywołało jakże niemiłe wspomnienia z poprzedniego seta i obawy o ich konsekwencje. Wzięty przez trenera Wojtka Lalka czas uspokoił jednak dziewczyny, które „pocisnęły” i ostatecznie wygrały 25:22.

Ostatnia partia – co oczywiste – była wielką niewiadomą. Kibice nie wiedzieli, jaka drogę obierze nasza drużyna. Czy będą „cisnęły” , czy też pozwolą na to Sparcie?

Na szczęście wybrały właściwie, bo chyba rozdrażnione harcami przeciwniczek i momentami własnej nieudolności, postanowiły pokazać naprawdę dobrą siatkówkę. Od samego początku wspierało  je w tym dziele kilkanaście gardeł. Wynik 25:9 mówi sam za siebie.

Autor niniejszej relacji, wraz z kibicami gratuluje trenerowi i zawodniczkom wygranej. Życzy też  sobie i im więcej spokoju w grze i w trakcie kibicowania. Dbajcie o serca nasze i trenera…

AN