Towarzysko w Płocku.

Pamiętacie relacje z gier „małych młodziczek” i ich późniejszych dokonaniach na turnieju w Wieliszewie? A pamiętacie wspólny mianownik tych relacji (?) – nieprawdopodobna wola walki i duch zespołowy. W ostatnia sobotę (26 października) w podopieczne trenera Olka Miętka miały okazję potwierdzić te cechy. Zostaliśmy bowiem zaproszeni na VIII Ogólnopolski Turniej Piłki Mini-siatkówki w Płocku

Spod legionowskiej Areny, w sobotę wcześnie rano wyruszyła prawdziwa kolumna samochodów wypełniona dziećmi, oraz rodzicami, dziadkami i ciociami, którzy po raz kolejny dali popis frekwencji i zaangażowania. Byliśmy w Płocku najliczniej reprezentowana grupą kibiców, co w połączeniu z oprawa (flagi, „plaskaczki”, transparenty i śpiewy) tworzyło fajne tło dla gry naszych drużyn i urozmaicenie raczej spokojnego przebiegu zawodów.

Jechaliśmy do Płocka z nastawieniem rozegrania jak najlepszego turnieju. Każda z 3 wystawionych „czwóreczek” miała jednak inne priorytety: ambicją pierwszej drużyny (rozbudzonej wygraną w Wieliszew Volley Cup) było potwierdzenie przynależności do czołówki, celem drugiego zespołu było dobijanie się do tego czuba, a pozostałe dziewczęta miały zdobywać doświadczenie.  Plan gier zakładał rozegranie blisko 10 spotkań. Obsada turnieju nie była wprawdzie tak imponująca jak w przypadku wcześniej wspomnianej ubiegłotygodniowej imprezy w Wieliszewie, ale tym bardziej sprzyjało to pełnej realizacji celów szkoleniowych.

Na turnieju działo się bardzo dużo. Było szybko i intensywnie. Momentami na sąsiadujących boiskach w tym samym czasie grały wszystkie nasze zespoły! Było ciekawie. A wyniki? Nasze drużyny zajęły VII, V i …I miejsce!!

Nie będę się rozpisywał o poszczególnych meczach, bo wtedy relacja rozrosłaby się niebotycznie. Skupię się natomiast na pewnym -jak dla mnie- najważniejszym aspekcie tego turnieju. Chodzi o potyczkę z Esperanto Warszawa.

Z zespołem tym nasza „flagowa” czwórka zmierzyła się już w pierwszym spotkaniu rozgrywek grupowych. Przypomnę, że Esperanto Warszawa to zespół, który do niedawna budził przerażenie w naszych dziewczynkach. Na tym wydawałoby się – monolicie- nasze dziewczęta w ubiegłym roku wyżłobiły pierwsza rysę, wygrywając pierwszy w historii mecz, (na mistrzostwach Mazowsza). Już wtedy było wiadomo, że umiejętnościami nie odstajemy, a przyczyny dotychczasowych porażek tkwiły w głowach. Monumentalne wyobrażenie o Esperanto  (a w szczególności obraz bliźniaczek) zaczął chwiać się po ubiegłotygodniowej potyczce, by ostatecznie runąć w Płocku. Nie stało się to jednak w od razu, bo pierwszy mecz nasze dziewczęta nieznacznie (i na własne życzenie) przegrały.   Jak mawia trener Olek „na jednym turnieju nie można z nami wygrać dwa razy”. Sprawdziło się, bo w dalszej części gier (powiedzmy, że w ramach gier grupy mistrzowskiej) bo srogo się zrewanżowaliśmy. 

Dlaczego poświęcam temu tyle uwagi, bo dla mnie było to wydarzenie turnieju. O ile bowiem pierwszy mecz przegraliśmy (a nie Esperanto go wygrało), o tyle w drugim starciu nie zostawiliśmy przeciwniczkom najmniejszej nawet szansy na rozwinięcie skrzydeł. Klasa i spokój tej wygranej utwierdziły pierwszy zespół w poczuciu własnej wartości. Ugruntował też przekonanie, że wygrać można z każdym.

Cały ten turniej był jednym wielkim potwierdzeniem niezwykłego postępu podopiecznych Olka Miętka. Co w tej grupie fajne, to podkreślana już przeze mnie nieprawdopodobna wola walki i duch zespołowy. Tutaj każda wygrana piłka kończy się zespołowa radością, a każdy stracony punkt gremialnym pocieszaniem. W tym zespole nikt nie zostaje sam ze swoja słabością.  Szczególnie jest to widoczne w pierwszym składzie. Tam nie ma mowy o straconej piłce, tam nikt nie boi się siniaków i zadrapań, tam idzie się nawet do niemożliwych do odebrania piłek. Czasami mam wrażenie, że one są szalone! Od tych maluchów mogą uczyć się młodsi i starsi.

Podsumowując, był to turniej, na którym pierwszy zespół ponownie wysłał w eter widomość: „Uwaga nadchodzi nasz czas!”. Drugi zespół z sukcesem powalczył o wejście do czołówki, która z biegiem czasu (a także poprawie wewnętrznej komunikacji) będzie jeszcze bliżej. Trzeci zespół także stanął na wysokości zadania, bo zanotował kilka wygranych i potwierdził, że utrzymywanie dyscypliny taktycznej przynosi efekty.

Zapraszam na następny spektakl waleczności! 

Elvis Presley żyje!

Elvis Presley żyje! Nie może być inaczej, bo jak nie wierzyć w niewyjaśnione i niewytłumaczalne jeśli człowiek sam tego doświadcza. Najciekawsze jest, że z wielkimi tajemnicami Wszechświata można zetknąć się tuż za progiem. Ot, choćby w środę, na hali sportowej liceum im. Marii Konopnickiej gdzie swój mecz w lidze juniorek rozgrywała LTS Legionovia, goszcząc Volley Płock.

Poprzednie starcie (ale w ramach rozgrywek ligi kadetek) miało miejsce w ostatnią sobotę. Jak pewnie pamiętacie, po długiej i zaciętej walce wygraliśmy 3:2. Volley Płock tym razem zawitał do nas w zmienionym składzie, w którym pierwsze skrzypce grały jeszcze wyższe i silniejsze fizycznie dziewczęta niż poprzednio. Nasz skład w zasadzie się nie zmienił, gdyż został rozszerzony o dwie zawodniczki tj. libero oraz wracającą do składu Anię Wądołowską. Pragnę przypomnieć, że podstawowa pozycją Ani jest rozegranie, jednakże ze względu na jej warunki fizyczne i prezentowane umiejętności trener uznał, że najlepiej przysłuży się zespołowi grą w polu, a w szczególności w ataku.

Przystępowaliśmy więc do meczu pełni obaw, czy warunki fizyczne nie będą czynnikiem decydującym o zwycięstwie.

W takich to właśnie okolicznościach mieliśmy do czynienia z pierwszą odsłoną „wielkiej tajemnicy”. Nasze dziewczyny w pierwszym secie grały jak z nut! Wychodziło wszystko: kierunkowa zagrywka całkowicie wyłączająca z gry libero gości, kombinacyjne ataki, perfekcyjne przyjęcie i obrona. Doprowadziło to do kompletnego pogubienia zawodniczek Volleya Płock i wyniku 15:6. Było pięknie! Zawsze jednak przychodzi kres i ten nastąpił w drugiej połowie tego seta. Trudna zagrywka płocczanek spowodowała błędy w naszym przyjęciu, czego konsekwencją było zmuszenie naszej rozgrywającej do uproszczenie gry. Płock błyskawicznie odrobił znaczną część strat, ale nie starczyło dystansu by dogonić LTS. Wygraliśmy więc tego seta 25:21.

Tu następuje druga odsłona niewytłumaczalnego. W siatkówce jest tak, że bardzo często odbudowa, czy nawet symptomy dobrej gry z poprzedniego seta przenoszą się na następną partię. Volley w drugiej połowie seta ewidentnie złapał wiatr w żagle. Były więc obawy o dalszy przebieg gry. Ale nie, nie w tym meczu! Tu wszystko musiało być inaczej. Nasze dziewczyny szybko wyszły na wyraźne prowadzenie 7:2, kontynuując dobrą postawę z pierwszego seta. Wszystko nadal wyglądało doskonale.

Gdyby na widowni znalazł się kibic, który w tym momencie musiał wyjść i wrócił – powiedzmy- na końcówkę 3 seta, miałby wrażenie, że grają nie te same zespoły. Płock grał jak z nut, przejął wszystko, czym LTS zachwycał w pierwszej partii. Nasze dziewczyny grały natomiast bez wiary, bez zorganizowania, z fatalnym przyjęciem i bez ataku. Wszystkie, bez wyjątku.

Co się stało, kto porwał zawodniczki LTS–u z początku meczu i zastąpił je przyuczanymi do gry dziewczętami? Przykro o tym pisać, ale tak to niestety wyglądało. Owej mentalnej zmiany, odbierającej siły i umiejętności, pewnie nikt nie jest w stanie zrozumieć. Nawet trener Lalek, który w swojej bogatej karierze szkoleniowej widział niejedno.

Pojawia się oczywiście pytanie o przyczyny. Czy źródłem słabej gry w odsłonach: drugiej, trzeciej i czwartej była nasza niemoc tkwiąca w dziewczętach, czy też spowodowane to było odmianą jakiej doświadczył Volley Płock? Poszukiwania przyczyn można przenieść na grunt bardziej racjonalny i upatrywać ich w różnicy wieku (nasza drużyna opiera się na kadetkach i młodziczkach), która w siatkówce młodzieżowej ma kolosalne znaczenia gdyż w oczywisty sposób przekłada się na warunki fizyczne, umiejętności i odporność psychiczną. W tym kontekście stwierdzić należy, że w wielu elementach odstawaliśmy od Volleya. Pocieszeniem może być, że na decydującym etapie rozgrywek nasz zespół zostanie zasilony Olą Rasińską i  Justyną Antosiewicz. Nie może to jednak powodować, że reszta zespołu w tym fakcie będzie upatrywać jedynej nadziei na lepszą grę. Na meczach trzeba walczyć, walczyć i jeszcze raz walczyć! Niektórym dziewczętom trzeba też zrozumienia, że słaba postawa jednostki osłabia zespół. W takich chwilach tym bardziej trzeba się starać, a już z pewnością owej słabości nie pokazywać.

Tego naszym zawodniczkom życzę z nadzieją, że ten mecz stanie się dla nich przestrogą i nauczką. Najbliższe okazje do rehabilitacji będą miały już niedługo, bo w sobotę 26 października o godz.11.00 w meczu z Ateną Warszawa (kadetki) a następnie w wyjazdowym meczu (ponownie kadetki) ze Spartą Warszawa w dniu 3 listopada o godz. 11.45.

Dopełniając jednak reporterskiego obowiązku, z przykrością informuję, że mecz przegraliśmy 1:3.

 

 

PS. Co więcej, jeśli LTS może grać jak w czwartym secie, to oprócz tego, że Elvis żyje – UFO i kręgi zbożowe też są prawdziwe!

 

AN

Wieliszew Volley Cup – odsłona pierwsza.

Jak już wcześniej było zapowiadane, dzięki uprzejmości i pozytywnemu zaangażowaniu władz Wieliszewa, w ostatnią niedzielę w tamtejszej hali miała miejsce pierwsza odsłona trójetapowego turnieju organizowanego przez nasz klub – Wieliszew Volley Cup. Rywalizują w nim zespoły 4 osobowe dziewcząt rocznika 2001. Obok licznej reprezentacji LTS Legionovia wzięły w nim udział także zaproszone zespoły z naszego województwa, w tym tuzy mazowieckiej mini-siatkówki. Mieliśmy więc okazję podziwiać medalistów ubiegłorocznych mistrzostw Mazowsza zespołów 3 osobowych tj. SP 220 Warszawa, Olimpię Węgrów i Esperanto Warszawa. Bardzo ciekawiło nas – rodziców jak w konfrontacji na takim poziomie zaprezentują się 3 nasze drużyny.

Wyniki poszczególnych drużyn – z oczywistych względów – były bardzo różne, ale po kolei…

Nasza III drużyna w większości złożona z dziewczynek dopiero rozpoczynających swoją siatkarską przygodę, choć w grupie wygrała dwa mecze (z zespołami z Nadarzyna i Kobyłki) udział w turnieju zakończyła na rozgrywkach grupowych. Awans do dalszych gier przegrany został jednak tzw. małymi punktami i to niestety z pokonanym przez siebie zespołem. Wielka szkoda, bo każdy sukces jest dla nich na wagę złota.

II zespół LTS-u rywalizował w grupie z wcześniej wspomnianymi drużynami Esperanto Warszawa, Olimpii Węgrów, a także z dwoma reprezentacjami Volleya Płock i Nadarzyna. Dziewczynki w grupie zajęły 3 miejsce, co pozwoliło im awansować do fazy pucharowej. Aby tego dokonać musiały jednak wygrać aż 3 spotkania. Zespoły z Węgrowa i Warszawy były poza zasięgiem naszych dziewczynek, ale w potyczkach z innymi drużynami ich umiejętności okazały się wystarczające. Grą „w pucharach” zakończyły jednak szybko, bo trafiły na …koleżanki z klubu. Niestety nie dały rady przegrywając 9:21, ale trzeba im oddać, że w całym turnieju walczyły zaciekle. Na uwagę w tym składzie, w mojej ocenie, zasługuje Ola Ratowska, która niewątpliwą przydatność dla drużyny wynikającą z doskonałych warunków  fizycznych, coraz wyraźniej zaczyna popierać rosnącymi z każdym treningiem umiejętnościami technicznymi, grą w obronie i zagrywką. Dziewczyna rozwija nam się doskonale!

Przejdźmy teraz do naszej pierwszej drużyny. Jak uważny czytelnik zauważył, dziewczynki awansowały do fazy pucharowej. Nie obyło się jednak bez problemów. Zaczęło się nieciekawie, bo dotkliwą porażką z SP 220 Warszawa. Przypominam jednak, że w ¾ jest to zespół ubiegłorocznych mistrzyń Mazowsza zespołów 3 osobowych. Porażka ta była więc niejako wpisana w ryzyko sportowej rywalizacji. Oceniając ten mecz, w kontekście późniejszej postawy naszej drużyny, jasno widać, że było to tzw. pierwsze koty za płoty. Dziewczynki w każdej następnej odsłonie coraz bardziej przekonywały trenera i rodziców o uśpionych w pierwszym meczu umiejętnościach. W pozostałych meczach nie pozwoliły swoim przeciwniczkom zdobyć więcej niż 12 pkt. Poziom utrzymały w półfinale z Esperanto Warszawa, wygrywając go 21:17. Zwycięstwo o tyle cenne, że odniesione po bardzo mądrej grze. Czas na finał, a tam…SP 220 Warszawa. Szansę na rewanż pierwszy skład w pełni wykorzystał, wygrywając 21:16. Nie obyło się oczywiście bez zwrotów wyniku, pościgów i dramaturgii. Jest to niezwykle cenne zwycięstwo jeśli weźmiemy pod uwagę także to, że nasze finałowe przeciwniczki w ostatnich dniach ogrywały mocne zespoły krajowe.

W minisiatkówce zespołów 4-osobowych buduje się nowy układ sił. Miejmy nadzieję, że tym co dziewczynki pokazały na tym turnieju, (a także w rozgrywkach ligi młodziczek) staną się istotnym elementem tej układanki.  Madziu, Elizo, Olu, Olu – było naprawdę dobrze!

Niczego nie umniejszając naszym zawodniczkom, nie mogę się jednak oprzeć by wspomnieć o doskonałej organizacji turnieju: wydzielone boiska i strefa rozgrzewkowa, na bieżąco aktualizowana tablica wyników, miejsce odpoczynku dla sędziów, trenerów i rodziców. Organizatorom należą się wyrazy najwyższego uznania. Płynny przebieg turnieju gwarantowany był doświadczeniem Głównego Sędziego – trenera naszych kadetko-juniorek – Wojtka Lalka, sędziego punktowego – Krzysztofa Kuny oraz wspierających ich starszych zawodniczek LTS-u. Humorystycznie powiem, że przy takiej obsadzie nikt nie śmiał śmieć zgłaszać pretensji, nawet – jak dotąd- najbardziej krewcy trenerzy.

Co więcej, na wielu turniejach już byłem, ale jak dotąd nie widziałem takiego cateringu – kanapeczki, ciasteczka i domowe przetwory „dziadka Misztala”– palce lizać. Dopisali też rodzice, z zapałem dopingujący swoje pociechy.

Już teraz serdecznie zapraszam na dwa następne turnieje – 1 grudnia oraz 26 stycznia 2014 r. Jednocześnie uprzejmie informuję, że najbliższy weekend nasze zespoły jadą na turniej do Płocka. Czekam na potwierdzenie wysokiej formy.

 

Jeszcze raz składamy serdeczne podziękowania na ręce Pana Wójta Pawła Kownackiego w imieniu Klubu i wszystkich zawodniczek!

 

AN

Thriller’y są w modzie.

Nie jestem do końca pewien czy opisywać ten mecz ze szczegółami … po co do tego wracać? Wyciągającym pochopne wnioski spieszę wyjaśnić, że nie chodzi bynajmniej o katastrofalną grę naszego zespołu. Jedni nie lubią góralskiej muzyki, a ja nie cierpię horrorów. Strasznie mi też na meczach, na których od początku wiadomo, że skończą się na najdłuższym z możliwych dystansie.  Zwykle najgorsze są ostatnie piłki…

Tak właśnie było w sobotę 19 października w Płocku na meczu naszych kadetek z zespołem VOLLEY Płock. Od razu było wiadomo, że będzie to mecz o drugie miejsce w lidze województwa mazowieckiego po pierwszej turze spotkań (bo obydwa zespoły przegrały przecież z MOS Wola z tym, że nasze dziewczyny w stosunku 2:3 a Volley 0:3). Niby tylko prestiż, ale zawsze… Nikt z resztą nie mówił, że będzie łatwo bo gospodynie meczy prezentowały się naprawdę dobrze (wzrost, siła fizyczna) a i historia dotychczasowych spotkań naszych drużyn z Płockiem nie pozwalały sądzić, że będziemy mieli do czynienia z tzw. dostarczycielem punktów.

Mecz zaczął się dla nas jednak nadspodziewanie dobrze, gdyż w pierwszym secie silne ataki płocczanek równoważyliśmy obiciami bloku, kierunkowymi zagrywkami i ogólnie mądra grą. Gra na bliskim dystansie toczyła się do stanu 13:11 dla nas, by po wejściu w pole zagrywki naszej środkowej Mileny Paszynskiej ten dystans błyskawicznie się zwiększył. Skończyło się szybko wynikiem 25:14 dla LTS.

W kolejnym secie miałem poczucie deja vu, tyle że po połowie seta do głosu doszły gospodynie meczu wygrywając te partie do 20. Ten set pokazał natomiast, że cały mecz wygra pewnie ta drużyna, w której znajdzie się ktoś, kto „zrobi różnicę”. Dało się też zauważyć, że obszarem do zagospodarowania w tym względzie będzie zagrywka. Płock ten set wygrał właśnie w tym elemencie. Wygrała go w zasadzie jedna z zawodniczek, która niezwykle silnymi, trudnymi w odbiorze, ale i wykonywanymi niezwykle …oryginalnie zagrywkami rozmontowała nasze przyjęcie.

Dała się nam też we znaki w dwóch kolejnych partiach, ale my w swoich szeregach – obok wspomnianej wcześniej Mileny mieliśmy jeszcze Olę Omelaniuk. Z naszej strony to były osoby, które robiły ową różnicę. W porównaniu do poprzedniego sezonu Ola niezwykle ustabilizowała i uspokoiła swoja grę. Doskonale współpracuje z rozgrywającą i po profesorsku zagrywa. Pomogło to nam wygrać trzecia partię 25:22, ale nie wystarczyło na czwarty set,  który Volley wygrał 25:19.

Jak mówią: piaty set to loteria. Tym jednak razem my to „losowanie” wygraliśmy bo w tie breaku wiele elementów potoczyło się po naszej myśli. Od początku wyszliśmy na dwupunktowe prowadzenie, i na przestrzeni całego seta (pomimo usilnych wysiłków drużyny z Płocka i licznie zebranych kibiców) udawało nam się ta przewagę utrzymywać:  5:3, 7:5, 10:7, 11:9 by ostatecznie wygrać 15:10. W tym secie całkowicie zawiodła wspomniana wcześniej zagrywająca Płocka, a my przeciwnie- serwowaliśmy naprawdę solidnie.

Skończyło się więc dobrze, ale wcale nie było różowo. Niestety słabą stroną naszej gry była skuteczność skrzydeł, zarówno w pierwszym tempie jak i w wyprowadzanych kontrach. Szkoda miękkich piłek, ataków w siatkę i niepotrzebnych kiwek. Dziewczyny same doskonale wiedza, że nie pokazują tego na co je stać. Mam jednak głębokie przekonanie, że w następnych meczach niemoc je opuści. Cenne jest natomiast to, że mimo słabej gry, wygraliśmy.

A jeśli już mowa o zwycięzcach to w ocenie kibiców najpewniejszym punktem drużyny była Magda Dąbrowska, która nie zeszła ze swego poziomu i jej rola oraz znaczenie były kolejny raz nie do ocenienia. Cenniejsze to jest o tyle, że grała z bólem pleców. Madziu, szacunek!

Następny mecz nasz zespół rozgrywa w najbliższą środę w hali liceum im. Marii Konopnickiej (godz. 17.30). Znowu spotkamy się z Volleyem Płock, ale tym razem w lidze juniorek. Serdecznie zapraszam kibiców, aby sami mogli się przekonać, że słaba forma odeszła.  Można się tez będzie przekonać, jak będzie się prezentować wracająca do gry w LTSie… Ania Wądołkowska.

Wspierajmy nasze dziewczyny!

 

AN

Widziałeś te małe?

Takie to właśnie słowa zasłyszałem na trybunach wieliszewskiej hali sportowej w ostatnią niedzielę. Przedmiotem tego, wypowiedzianego z nieskrywanym zdumieniem zdania był zespół zawodniczek LTS Legionovia z rocznika 2001 , który wziął udział w rozgrywkach IV ligi ….młodziczek.

Niewtajemniczonym lub mniej wtajemniczonym wyjaśniam, że dziewczynki tego rocznika w tą kategorię wiekową wchodzą dopiero za rok. Decyzją władz klubu i na wniosek trenera Olka Miętka dziewczynki zaczęły jednak tą przygodę już teraz. Uzasadniano to głównie koniecznością zdobywania doświadczeń w zupełnie nowym dla dziewcząt systemie gry tj. 6 zawodniczek. Decyzja ta nie była żadną ekstrawagancją, gdyż zabieg traki stosowany jest przez większość liczących się w rozgrywkach młodzieżowych klubów. Ze szkoleniowego punktu widzenia krok wydawał się jak najbardziej słuszny, ale jako rodzic miałem jednak obawy przed upokorzeniami, jakich „te małe” mogą doświadczać od bądź co bądź starszych i większych przeciwniczek. 

Założenie trenera było takie, by drużyna na koniec sezonu znalazła się na 4 z 9 ligowych szczebli rozgrywek. Cóż się jednak okazało? Po pierwsze, że dziewczynki w rozgrywanym niedawno turnieju kwalifikującym do poszczególnych grup rozgrywek wywalczyły sobie IV ligę.

Po drugie, że w niedzielnym turnieju – choć nie było łatwo – utrzymały się!

Po trzecie: W ŻYCIU NIE WIDZIAŁEM TAKIEJ RADOŚCI PO WYGRANIU SETA! 

Wracając jednak do samego turnieju, mierzyliśmy się w nim z drużynami PLAS II Warszawa, Olimp I Mińsk Mazowiecki i II ATENA Warszawa. Do pierwszego meczu z zespołem z Mińska Mazowieckiego nasz zespół przystąpił sparaliżowany. Od razu przełożyło się to na wynik i niestety  przegrane obydwa sety w stosunku 25:22 i 25:16. Dziewczynki były zagubione i najwyraźniej przestraszone, choć momentami prezentowały się naprawdę dobrze. Jako rodzic naprawdę bałem się o dalszy przebieg gier, tym bardziej, ze następny przeciwnik wcale nie był słaby, bo dziewczęta z PLAS-u znacznie przewyższały nas wzrostem, wiekiem i dotychczasowymi sukcesami (choćby w rozgrywkach 4-ek). Ten mecz także przegraliśmy…ale nastawnie zespołu i jego gra były już zdecydowanie lepsze. Używając terminologii piłkarskiej, wcale nie był to mecz do „jednej bramki” Dość powiedzieć, że jeden z setów przegraliśmy do 21 i gdyby nie ewidentna pomyłka sędziego przy stanie 20:21, mogło się okazać, że „pogonilibyśmy kota” wyższym, silniejszym fizycznie i straszącym srogimi minami warszawiankom. Mecz ostatecznie przegraliśmy, ale obawa rodzicielska znikła.

Ostatni mecz z zapleczem zespołu Ateny Warszawa, jak przewidywano był rozgrywką o utrzymanie w lidze. Obydwa zespoły świadome były stawki. Dla postronnego obserwatora może się to wydawać niepoważne, że w odniesieniu do walki o grę w IV lidze używam słów tak wyniosłych jak „walka, stawka” ale dla tych dzieci ma to niebagatelne znaczenie. One wyrażenie IV liga piszą wielkimi literami! I pokazały to na boisku. Pierwszy set sromotnie przegrały 11:25 ale w następnym po początkowym zastoju wzięły się do pracy. Dotychczas niepewne zagrywające odzyskały spokój i zagrywki stały się poważnym zagrożeniem, a nieliczne dotąd ataki przeszły w całe serie, pustoszące szeregi Ateny. Poprawiło się przyjęcie, choć akurat ten element siatkarskiego rzemiosła, na przestrzeni całego turnieju zawodził najmniej. Szczerze fajnie było patrzeć na uśmiechnięte buzie dziewczynek, ich skupienie i nieprawdopodobne zaangażowanie. Dziewczyny w czyny przekuły słowa trenera o tym, że nie jest najważniejsze czy coś się udało, bo najważniejsze jest to czy zrobiłeś wszystko by coś się udało. Tą zasadę było widać w grze LTS w II secie, wygranym 25:15

Trzeci set to prawdziwy horror i huśtawka nastrojów. Początek był doskonały, bo wygrywaliśmy kilkoma punktami. Po chwili jednak straciliśmy przewagę i to my musieliśmy odrabiać straty, co ostatecznie się udało i wygraliśmy 15:12.

Po ostatniej piłce zapanowało prawdziwe szaleństwo. RADOŚĆ, RADOŚĆ, RADOŚĆ! Radość dziewczynek, rodziców i trenera. Gratulacje!

Czy warto kogoś wyróżnić? Oczywiście, że tak…ale nie zrobię tego, bo czekam na następny turniej  i potwierdzenie ich dobrej gry. Ciekawi mnie też czy te, które nie sprostały wyzwaniu podniosą się i teraz już cały zespół zaprezentuje wolę walki, technikę i odporność psychiczną.

Z niecierpliwością czekam też na powrót Magdy Piłatowicz, która niecierpliwie nam się przed turniejem rozchorowała (Czapka, dziewczyno, czapka!)

Na koniec chciałbym serdecznie podziękować władzom Wieliszewa za pomoc w organizacji turnieju i udostępnienie hali sportowej. W obecnych czasach zaprezentowana przez Pana wójta sympatia wobec aktywności LTS Legionovia jest szczególnie cenna, a jej następnym wyrazem jest turniej zespołów czteroosobowych, który rozgrywany będzie w miejscowej hali sportowej w najbliższą niedzielę. Serdecznie zapraszamy.  

A propos, odpowiedź kibica na przytoczone we wstępie pytanie była następująca:

„A czy ty widziałeś jak one walczą, te MAŁE?!”

 

AN

Gry w Nadarzynie.

W dniach 12-13 października nasze siatkarki wyruszyły na wielkie granie do Nadarzyna.

W sobotę zaczynały młodziczki

 

Zanotowały następujące wyniki
LEGIONOVIA 2:1 UKS ESPERANTO 
LEGIONOVIA 0:2 ÓSEMKA SIEDLCE 
LEGIONOVIA 2:0 GLKS NADARZYN 
LEGIONOVIA 0:2 PRASKA 30 
LEGIONOVIA 2:0 13 RADOM
 

Niestety nie udało nam się awansować do I ligi choć było blisko. Zabrakło trochę koncentracji i dokładności w meczu z PRASKĄ 30. Jednak osiągnięte wyniki pozwoliły nam na utrzymanie się w II Lidze.

W turnieju awansowały do I ligi: Ósemka Siedlce i UKS Esperanto.

Spadły do 3 ligi: 13 Radom i GLKS Nadarzyn

W niedzielę odbył sie mecz, a właściwie dwa mecze, pomiędzy GLKS NADARZYN i LEGIONOVIA w kategorii Juniorek i Kadetek.
Pierwszy mecz stał na wysokim poziomie i zakończył sie zwycięstwem gospodarzy 3-0. W pierwszych dwóch setach decydowały ostatnie piłki. Natomiast w secie trzecim gospodynie utrzymały wysoki poziom a naszym zawodniczkom zabrakło koncentracji prowadząc nawet 7-0…lecz przeciwniczki ostatecznie łatwo wygrały tego seta.
Mecz kadetek natomiast toczył sie pod nasze dyktando i bez większych przeszkód wygraliśmy 3:0.

 

W ostatni weekend grały również nasze Mini Młodziczki czyli czwórki Olka Miętka grające w Ligach Młodziczek – ale to już odzielny temat na osobny artykuł…

 

SKSquad